O czuwaniu
W życiu duchowym bowiem nie ma ciemniejszej uliczki niż ta: kochany jestem za coś i obdarzam miłością, żeby miłość otrzymać.
Podstawowym i pierwszym zadaniem wspólnoty pragnącej żyć
Regułą św. Benedykta jest jej prawidłowe odczytanie. Oczywiście istnieje nie
jedna, ale wiele tradycji odczytywania tego szacownego tekstu, które są
odzwierciedleniem duchowych napięć i potrzeb czasów, w których żyli
interpretatorzy Reguły. Różnorodność ta i specyfika nie znoszą jednak
prostej i zdrowej zasady w ustalaniu „prawidła” interpretacji — jest
nim zawsze odniesienie istoty praw i nakazów Reguły do Ewangelii. Reguła
bowiem nie jest niczym innym, jak jedną z wielu interpretacji
Ewangelii.
Różne odczytania
Zabiegi interpretacyjne wokół Reguły przynosiły różne owoce —
od tworzenia duchowego skansenu, w którym zachowywano nieistniejące od
wieków społeczne układy i czuwające nad nimi instytucje, do
futurystycznych kreacji, w których miały dominować partnerstwo,
braterstwo i absolutna tolerancja, jak również klimat urzeczywistnionego
królestwa Bożego objawiający się ustawiczną rekreacją, skrajnym
indywidualizmem i traktowaniem norm Reguły „opresywnie”.
Jak zawsze, pośród tak fantastycznego spektrum interpretacji,
można znaleźć owoce rzeczywistego mocowania się z prawdą i pytaniem,
co jest najważniejsze w propozycji chrześcijańskiego życia przyniesionej
przez Regułę. Bardzo pożywne są interpretacyjne próby polegające na
poszukiwaniu streszczenia Reguły w jednym zdaniu lub słowie. Jest to
oczywiście bardzo stara tradycja pedagogiczna Izraela, który poszukiwał
takiego streszczenia Tory. Pytanie zadane Jezusowi przez uczonego
w Piśmie o najważniejsze przykazanie w Prawie jest dobrym tego
przykładem. Pytanie i próba streszczenia nie są w żadnym wypadku
intelektualną zabawą czy ćwiczeniem. Nie są też — jak to są skłonni sądzić
niektórzy — niszczycielską i siejącą zgorszenie destrukcją. To nic innego
jak oczekiwanie żywej odpowiedzi, odpowiedzi dającej życie!
Niestety, zdarzało się, że w historii interpretacji
Reguły zastępowano prawdziwą odpowiedź osądem — czyli odpowiedzią oderwaną od
pytania. Regule, jak i Ewangelii należy stawiać wzorem uczonego
w Piśmie pytanie o najważniejsze prawo, o najważniejsze słowo.
Jak zobaczymy później, we wspólnocie nie znajdziemy dwóch podobnych
odpowiedzi. Jednak te różne odpowiedzi nie będą naznaczone znamieniem
konfliktu — odkryjemy z radością, że każdy mówi o tym samym. Łatwiej
jest oczywiście nie zadawać sobie takiego trudu. Różne są tego powody — od
konformizmu i duchowego lenistwa aż po lęk, że moje pytania odsuną ode
mnie moich nowych przyjaciół. W tym miejscu warto przypomnieć mocne
zdanie jednego ze współczesnych myślicieli:
Ludzie wtapiający się ślepo w zbiorowość przemieniają
się sami w coś na kształt martwej materii i unicestwiają się jako
zdolne do samookreślenia jednostki. Idzie to w parze ze skłonnością do
traktowania innych jak bezkształtną masę.
Zagrożenie sklerozą
Tymczasem wspólnota ma wzrastać w Chrystusie, stając się
prawdziwą szkołą miłości, w której każdy staje się tym, kim być powinien,
w prawdziwej wolności i pokorze. Zdrowia wspólnoty nie można długo
zachowywać, wyzbywając się jednego z wielu wezwań św. Benedykta, którym
możemy również z powodzeniem streścić jego Regułę: „CZUWAJCIE!”. Ta
zachęta i równocześnie ostrzeżenie jest przypieczętowane życiowym
doświadczeniem św. Benedykta. Jak mało kto, zdaje on sobie sprawę, że skleroza
duchowa wspólnoty nie rodzi się w momencie, który zwykliśmy uważać za
schyłkowy w jej życiu, rodzi się ona o wiele wcześniej — można
zaryzykować nawet stwierdzenie, że już u samego początku powstawania
grupy — tak pełnego radości, nadziei na przyszłość, pełnego śmiałych planów
i marzeń, majaczy jej złowrogi cień.
Wspólnota jest zagrożona sklerozą, bo to my tworzymy
wspólnotę i nasze arterie duchowe, przez które przepływa Boże życie,
natchnienia Ducha Świętego, bezinteresowna Boża miłość, mogą być zablokowane
całkiem nieświadomie przez naszą dumę, podejrzliwość, ocierające się
o komizm wymagania stawiane sobie i innym, a także zazdrość
i zwykłe samolubstwo. Gorzej, gdy znając swoją inteligencję i metody
manipulowania ludźmi, próbujemy w imię „zdrowia wspólnoty” zgasić
w niej wszelką samodzielną myśl, zamaskować trudności i zbyt szybko
wykorzenić wszelkie zwątpienie, używając przy tym innych do zaspokajania
swoich ambicji rządzenia, pouczania i bycia adorowanym. Jak zwykle
w takich przypadkach znajdą się ludzie, którzy dla sobie tylko wiadomych
interesów poprą nas i zaangażują swoje siły w podtrzymywanie tej
sytuacji niemocy w grupie — zapewne, by ukryć własną niemoc duchową
i strach przed wezwaniem Boga do przyjęcia z ufnością
niewiadomego.
Samopoświęcenie jako tyrania
Kto przeżył kilka lat w małżeństwie czy
w religijnej wspólnocie, wie doskonale, jak trudno jest obdarzyć drugiego
człowieka zaufaniem — czyli inaczej mówiąc — dopuścić do wspólnoty interesów,
obowiązków, podzielić się z nim odpowiedzialnością za rodzinę czy
wspólnotę. Nie raz i nie dwa słyszeliśmy (ale i mówiliśmy również),
że owszem, jestem gotowy zaprosić cię do współpracy, lecz nie teraz, kiedy
potrzebujemy tak bardzo pieniędzy, przejrzystej struktury wspólnoty, domu,
reklamy, znajomości i moralnego wsparcia innych instytucji. Bardzo łatwo
jest rozszyfrować tę wiadomość: nie jest to nic innego, jak zakamuflowana
odmowa wszelkiego współdziałania, zepchnięcie drugiego do „prac służebnych” —
również, jak podkreślamy, ważnych w dziele rodziny czy wspólnoty.
W odmowie takiej tkwi bardzo groźne przekonanie o naszej
niezbędności i walorach naszego samopoświęcenia.
Oczywiście — jak we wszystkich przypadkach samolubstwa —
poświęcamy się tylko i wyłącznie dla innych, nadwerężając swoje zdrowie
i czas przeznaczony normalnie na wypoczynek. Podczas konfliktów bardzo
łatwo to złe samopoświęcenie używane jest jako oskarżenie: „przecież tyle dla
was zrobiłem”. Złe, odizolowane od współpracy z innymi osobami
samopoświęcenie jest tyranią, która zabija każdą formę spontaniczności:
tyrania taka potrafi reglamentować choćby uśmiech i radość grupy, grzebie
— jak każda tyrania — w najbardziej błahych sprawach inne, starając się
przydać im jak najwięcej użyteczności i „logiki” i tak dostosować je
do swojego cennego czasu, aby nie kolidowały z napiętym harmonogramem
samopoświęcającego się, który jednak nie zapomina o ulubionych chwilach
przeznaczonych wyłącznie dla niego.
Samopoświęcający się potrzebuje publiczności jak powietrza
i wody. To przed nią dyskretnie i dowcipnie deprecjonuje talenty
i możliwości innych, pokazuje swoje zmęczenie i czekające go kolejne
bitwy, bywa też czasami łaskawy i pozwala na łagodną krytykę ze strony
grupy, która może wyrazić z lekką przyganą swoją troskę o jego
nadwerężone zdrowie. W rzeczywistości ani jedna, ani druga strona nie są
szczęśliwe w tym przedstawieniu.
Muszę kochać
Różne są powody składania tak wykrzywionych ofiar, które nie
pozwalają wspólnocie stawać się grupą prawdziwie samodzielnych duchowo ludzi,
trzymając ją w kleszczach infantylizmu i poczucia winy. Oprócz
strachu przed wszelką krytyką, chęci przydania sobie znaczenia kosztem innych
i szukania potwierdzenia własnych wyborów, co prowadzi do niedobrego
sprywatyzowania wspólnoty, która staje się „moją własną”, bo działa według
moich wskazań, gustów i upodobań z konieczności przecież
ograniczonych — to zaślepione samopoświęcenie (przypomnijmy: jedna
z przyczyn zwapnienia wspólnoty) wynika z błędnego pojmowania
chrześcijańskiej miłości. Jak powie Thomas Merton — sednem chrześcijańskiej
miłości nie jest wola kochania, ale wiara, że się jest kochanym.
Nie jest łatwo przyjąć okazywaną nam miłość, a jeszcze
trudniej utrzymać zaufanie, że wciąż jesteśmy kochani przez ofiarującego nam
miłość. Sprzeciwia się temu nasza duma niekiedy bardzo doświadczana
w życiu przez doznawane upokorzenia, biedę, upadki, odrzucenie przez
najbliższych, wykpienie przez kogoś, kto — zdawałoby się — pragnął nas
pokochać. Uważamy się więc często za ludzi mądrych, doświadczonych
i dlatego ostrożnych, którzy potrafią panować nad swoimi uczuciami
i reakcjami, co w praktyce przejawia się morderczą nieufnością
i podejrzliwością. Stajemy się zakładnikami własnej „mądrości”. Pragniemy
zapanować nad sytuacją, więcej zawsze dając, niż się spodziewając. Uważamy, że
taki stan jest bardziej „higieniczny” i nie stworzy nam już żadnych
niespodzianek.
Życie jednak jak zawsze idzie swoim torem. Okazuje się
bowiem, że moje uczynki podejmowane dla drugich w imię hasła: „muszę
kochać!” przyjmowane są z pewnym zażenowaniem, zmęczeniem czy
niecierpliwością, żyjący z nami ludzie czują się jakby „oblepieni”
naszymi szlachetnymi gestami. Okazuje się, że tak naprawdę nie oczekują
ofiary, lecz naszej otwartości i prostoty, nie pieniędzy, lecz ciepłego
gestu i wyrozumienia, nie wspaniale zorganizowanej i drogiej
podróży, ale szczypty wolności i uznania swojej inności, nie naszych
przemądrzałych monologów z jedynie słusznymi racjami, ale chwili wolnego
czasu zdecydowanie przeznaczonej na „zmarnowanie”.
Doświadczenia te wcale jednak nie muszą nawrócić
samopoświęcającego się. Być może nawet utwardzą jego stanowisko. To bardzo
niebezpieczny moment, gdyż ten, kto potrzebuje tylko dawać lub „zasługiwać na
miłość”, może dopuścić się zdrady. Najczęściej dzieje się to w ten
sposób, że wybiera kogoś z obrzeży wspólnoty czy związku i w nim
zaczyna lokować swoje nadzieje na miłość, która jest niczym innym w tym
wypadku, jak grą na jego wyśrubowanych warunkach: daje i oczekuje
podobnego daru, oto znalazłem wreszcie kogoś, kto doceni mnie, moją osobowość
i moje gesty.
Nowość znajomości, intelektualna świeżość tego spotkania,
adresowane do nas komplementy, nić porozumienia, podobny język
i zainteresowania tylko utwierdzają samopoświęcającego się
w przekonaniu o słuszności tej drogi. Tak naprawdę wchodzi
w ciemną uliczkę. W życiu duchowym bowiem nie ma ciemniejszej
uliczki niż ta: kochany jestem za coś i obdarzam miłością, żeby miłość
otrzymać. Jeśli Reguła podkreśla naszą „nieużyteczność” we wspólnocie, to nie
dlatego, by deprecjonować nasze osiągnięcia i nas samych, ale by pokazać,
że to kategoria DARMOWOŚCI jest podstawą wszelkiej miłości i przyjaźni.
Nic tak nie buduje wspólnoty jak właśnie to przekonanie, że jestem kochany,
ponieważ jestem.
Fascynacja własną chorobą
Skleroza wspólnoty, okopywanie się jej członków na
bezpiecznych pozycjach, niechęć przed reformą i zmianą na lepsze jest —
najprościej mówiąc — obrazem naszych zwapniałych wnętrz, a te wynajdują
wciąż nowe argumenty i usprawiedliwienia, by serce pozostało na swojskich
i okopanych pozycjach. Bardzo często argumentem w tym
samousprawiedliwieniu jest dobra i wyraźna cecha naszego charakteru.
Mówimy: przecież nie mogę zagrażać wspólnocie, skoro tyle we mnie współczucia
wobec biednych lub: jak nikt inny potrafię wprowadzić dobry klimat podczas
spotkania, jestem naprawdę solidny w rozliczaniu się ze wspólnotowych
pieniędzy, pracuję przecież ciężko, organizując rekolekcje etc. Zapominamy, że
ta dobra cecha może być tylko kolejną manifestacją naszego egoizmu, jeśli nie
dbam o przemianę całego mojego człowieczeństwa i harmonijny rozwój
innych, niełatwych do zaszczepienia w moim sercu dobrych cech.
Bywa i tak, że chronimy się przed przemianą
w osaczający nas strach. Wyznaliśmy i wyznajemy przed wspólnotą
wszystkie nasze słabości i jeszcze coś ponadto. I wydaje nam się, że
jesteśmy podziwiani za naszą szczerość i odwagę. Jednak w momencie,
gdy ktoś pragnie nam podać rękę i zaprosić do wspólnej drogi przemiany —
uważamy go za niedelikatnego intruza, człowieka, który zapewne nie zrozumiał,
co pragnęliśmy wypowiedzieć, a nawet — zafascynowani własną chorobą —
traktujemy go z wyniosłą ironią i politowaniem, uważając „nasz
przypadek” za szczególny w historii grzechu.
Czuwajmy i nie dajmy się zwieść. Istnieją charaktery,
które uwielbiają tego rodzaju sceny. I nie są aż tak bardzo otwarte ani
chętne do współpracy. Samooskarżenie może być w takim wypadku ochroną
przed jakimkolwiek krytycznym głosem ze strony wspólnoty, który bardziej boli
niż osobista samokrytyka. Może być również przerzuceniem winy na innych
członków wspólnoty, która według oskarżającego się jest grupą dyletantów
i ludzi prawdziwie niedelikatnych. Człowiek ten ogromnie się lęka, że
wyzbywając się choroby, przestanie być interesujący. Musimy czuwać, by nasza
grzeszność nas nie przygnębiła, by nie uczynić z niej spektaklu naszego
ego, które za wszelką cenę domaga się i współczucia, i podziwu.
Nasze grzechy i słabości nie są odpowiednim materiałem do ekspozycji. Są
śmiertelnie nudne i zaraźliwe, ale mogą nauczyć nas pokory
i ufności, jeśli zdecydujemy się ofiarować je Bogu.
Nigdy nie powinniśmy poddawać się przygnębieniu
z powodu naszej niegodności, naszej grzeszności, nigdy nie powinna
opuszczać nas myśl o tym, że Bóg nie jest w stanie — jeśli wolno
to tak określić — okazać swojej cudownej mocy przebaczenia, gdy nie ma co
przebaczać. Nasza grzeszność odwołuje się do Jego mocy przebaczenia, przez
które okazuje swoją miłującą troskę (Basil Hume).
Funkcje i zadania
Należy czuwać nad charyzmatem wspólnoty, bo to ona jest
najzdrowszym środowiskiem dla naszej rozwijającej się świętości. Należy
zadawać jej nie tylko oczyszczające pytania, do czego Bóg jej nie powołał — bo
może się zdarzyć, że wspólnota będzie z dużym poświęceniem zajmować się
wszystkim, pomijając zasadnicze dla siebie wezwanie Boga. Ogromnie kuszący
jest zwłaszcza spektakularny heroizm i działania przynoszące na krótką
metę „medialne” efekty. Moc wspólnoty, również tej opartej na duchowości
benedyktyńskiej, tkwi w jej jedności, a ta zaczyna kiełkować, kiedy
próbujemy złączyć się więzami pokoju. Powinniśmy więc czuwać nad ich
budowaniem.
Takim więzom sprzeciwia się rywalizacja członków wspólnoty
w najbardziej błahych sprawach, nasz nieubłagany osąd innych
i poczucie własnej wyższości, jak też skrywane poczucie doznanej niegdyś
krzywdy i smutek jako nieunikniony owoc zbytniego zajmowania się sobą.
Nie chodzi nam tu bynajmniej o ustalanie katalogu możliwych pułapek,
zranień i grzechów niszczących więzi pokoju — te bowiem można wyliczać
bez końca.
Co innego warte jest naszej refleksji — mianowicie, jakie
jest moje osobiste powołanie w tej wspólnocie, czym pragnę się podzielić
w służbie dla niej i w zgodzie z nią. Musimy odnaleźć
„powołanie w powołaniu” — inaczej, nieproszeni będziemy zjawiać się tam,
gdzie nas nie posiali, brać na siebie obowiązki innych, zaniedbując nam
powierzone i wypowiadać się z przekonaniem w najbardziej
specjalistycznych kwestiach. Nie chodzi mi przy tym o marginalizację
jakiegokolwiek członka wspólnoty przez odmawianie mu wolności wypowiedzi
i udziału w radzie — zdrowy rozsądek nawet w najbardziej
skomplikowanych problemach jest w cenie, lecz to także on powinien mi
podpowiedzieć, że są sprawy, na których się nie znam.
Wydaje się, że zanim dojdzie do „skonkretyzowania naszej
misji” muszę zadbać o swoją tożsamość, bo bardzo łatwo ludzie myślą, że
ich najgłębszą istotę stanowią spełniane obowiązki, misje czy funkcje. Nawet
wielu z nich tak się właśnie przedstawia, zapewne po to, by ułatwić
rozmówcy czy audytorium szybką klasyfikację własnej pozycji i godności.
Niewielu jednak z nich wie, kim są tak naprawdę. Nie chcę twierdzić przy
tym, że obowiązki, misje czy funkcje, a nawet „powołanie” nie mają
głębszego zakorzenienia w naszej istocie czy też nie pomagają ujawnić się
w pełni mojemu człowieczeństwu. Takie twierdzenie byłoby błędem. Jednak
są czymś absolutnie odmiennym od mojego „Ja” i tej jego intymnej części,
w której dochodzi do spotkania z Bogiem, okazującym jak nikt inny
właśnie szacunek mojej osobie bez względu na pozycję czy powierzone mi
zadania.
Aby stać się sobą, muszę przestać być tym, kim zawsze
sądziłem, że chcę być; żeby się odnaleźć, muszę siebie porzucić, a żeby
żyć, muszę umrzeć (Thomas Merton).
Ten powrót do siebie, przywracanie zatartego przez egoizm
„podobieństwa” do Boga jest ogromnie wyraźny w mistyce cystersów. Błędem
byłoby sądzić, że mogę tego dokonać sam na sam z Bogiem.
Nigdy nie zdołam się odnaleźć, jeśli odizoluję się od
reszty ludzkości, jakbym był innym rodzajem bytu (Thomas
Merton).
Czujność w tym przypadku będzie hamowaniem wszelkiego
rodzaju ucieczek, których powody mogą być i bardzo pobożne, i bardzo
szlachetne. Jeśli chcę odnaleźć siebie, muszę umrzeć, ale nie lękajmy się —
mimo strachu przed ostateczną utratą wszystkiego i bólu umierania, będę
prowadzony pewną ręką Boga w kierunku innych, gdyż tylko
w konkretnym, trudnym i wymagającym spotkaniu może być zweryfikowana
moja miłość.
Nie ma znaczenia czy masz wady, pod warunkiem, że dwa
czynniki pozostaną niewzruszone. Po pierwsze, musisz być oddany modlitwie,
musisz chcieć się modlić — nie emocjonalnie, lecz wolą. Po drugie, musisz
naprawdę chcieć należeć do wspólnoty, dzielić z nami los mimo swoich
wad i słabości. Musisz być gotów stanąć wobec nieznanej przyszłości,
wspólnie z tymi wszystkimi, którzy szukają Boga (Basil
Hume).
Czasami przykre szarpnięcie czy uderzenie wyzwala
z zapomnianego instrumentu niesłychanie przejmujący dźwięk, który później
staje się kanwą utworu. Zapewne wyzwalanie się z fałszu nie jest zajęciem
jednorazowym — do końca życia będziemy się borykali z pokusą nieprawdy
o sobie, lecz kiedy ustalimy raz na zawsze kierunek powrotu do domu —
znajdziemy się w bezpiecznej strefie, wolnej od fanatyzmu, strachu,
wojny, cynizmu i podejrzliwości. Nie będziemy musieli się „potwierdzać”
ani żebrać uznania czy miłości, nasz wzrok nie będzie już miał tego
przeszywającego promienia pozbawionej miłości prawdy, obojętne staną nam się
hołdy, którymi obdarza się ludzi świętych i „zasłużonych”, będziemy
jednak z radością wyrażali szacunek wszystkim ludziom i okazywali
niekłamaną wdzięczność tym, którzy ofiarowali nam swoją mądrość
i siły.
Zniknie także nasza zawziętość i upór, które kiedyś
wydawały nam się niezbędne przy obronie naszej godności. Z pogodą (choć
może wciąż zaprawioną smutkiem) zgodzę się na podjęcie we wspólnocie funkcji
i obowiązków, do których mam rzeczywiście predyspozycje i nie będę
myślał o tym w kategorii „katastrofy marzeń”. Nie będę sparaliżowany
również paniką, jeśli otrzymam zadanie, które rzeczywiście mnie przerasta
i jest w moich oczach niemożliwe do wykonania.
To oczywiście skrajny przypadek. Dobrze jest, jeśli wspólnota
szczerze i z pokaźną dozą humoru zacznie dokonywać „przymiarek” funkcji
i zadań. Przekonam się wtedy, jak bardzo inni znają moje wnętrze, prawdę
o mnie, moje lęki i psychiczne bloki, jak bardzo ufają mi
i pragną mieć mnie przy sobie, jak cenne jest dla nich to, co posiadam
i co gotów jestem im ofiarować. Rzeczywiście, możemy poczuć się wtedy
szczęśliwi i zatrzymać myślenie w kategoriach: wywyższenie —
poniżenie.
Powołanie królewskie i prorockie
Powołanie we wspólnocie możemy roboczo podzielić na dwa
rodzaje: królewskie i prorockie. Jak pokazuje praktyka, w każdej
wspólnocie są one wyraźnie obecne. Co ciekawsze, nie mogą one istnieć bez
siebie, gdyż brak jednego z nich powoduje degenerację i obumieranie
drugiego. Posłuchajmy na początek benedyktyna i kardynała Basila Hume’a,
który dyskretnie towarzyszy nam w tym liście:
Kiedy zmarł mój poprzednik sprawujący funkcję opata, mnich,
który pisał wspomnienie pośmiertne, zamieścił w nim uderzającą
obserwację: „Człowiek, który dźwiga wielki ciężar, jak to czynił zmarły
przez tak długi czas, musi żyć etyką odpowiedzialności. Jest raczej królem,
który musi dbać o całość królestwa, niż prorokiem, który musi myśleć
w sposób nieskrępowany, wyrażać swoje myśli i nie dbać
o konsekwencje”.
Kardynałowi nie chodzi o powołanie do odpowiedzialności
i nieodpowiedzialności, powołanie poważne i błahe, lecz o ważne
odkrycie istoty mojego „powołania w powołaniu”, powołania odkrywanego
z wolna w otoczeniu ludzi i przy pomocy tych ludzi, powołania,
które zawsze jest ciężką służbą przynoszącą we wianie prawdziwą ascezę
i rezygnację z tego, co łatwe i pośpieszne. Król musi
podejmować niepopularne decyzje, choć chciałby zamiast tych decyzji mieć
udział w spektakularnym zwycięstwie lub zadowolić wszystkich. Nie może
przy tym obrażać się lub ostentacyjnie składać funkcji i wyzbywać się
zadań, do których rzeczywiście został stworzony i wezwany. Nie może też
myśleć, że jest jedyny, niezastąpiony i nieomylny. Prorok tymczasem nie
ma wcale łatwiejszego zadania. Jego zadaniem nie jest — jak się to popularnie
sądzi — ustawiczna krytyka życia wspólnoty, ale budzenie nadziei
i przypominanie o obietnicy danej przez Boga wspólnocie.
Prorok nie jest starą zrzędą czy nawet komentatorem poczynań
wspólnoty, to powołanie polega na byciu żywym znakiem Boga przychodzącego do
wspólnoty w każdym momencie. Jak On powinien być wolny, zaskakujący,
nieprzewidywalny w hojności i pociesze, powinien przywracać
znaczenie i godność nawet najzwyklejszym czynnościom, bo właśnie takie
pokorne czynności często są przepełnione Bożą obecnością. To jeszcze nie
wszystko. Prorok powinien ostatecznie być ogromnie dyspozycyjny.
Jak król wezwany jest do oddania życia za powierzoną mu
wspólnotę, tak prorok jest powołany do stałego „umniejszania się”, aby Bóg był
chwalony i uwielbiony przez wszystkich i we wszystkich. Umniejszanie
jest wezwaniem do ubóstwa, do permanentnego przechodzenia przez „ucho
igielne”, jego postać jest głosem wołającego na pustyni, ale biada mu, gdy
pomyśli, że z powodzeniem głos może zastąpić Słowo. Niezależnie jednak od
stopnia naszej samowiedzy czy zaangażowania w życie wspólnoty, każdy
z nas wezwany jest już dziś do czujności, która jest trudnym wymaganiem
spojrzenia na siebie w prawdzie i ufnym, aktywnym oczekiwaniem na
wyzwolenie przynoszone przez Pana.
Michał Zioło OCSO
Tekst ukazał się w miesięczniku W Drodze, nr 8 (360) 2003
powrót główna