---=== Dzien dobry Edoras ===---
Byl bardzo wczesny ranek, w barakach armii rozbrzmiewal poranny gwar,
zolnierze powoli zwlekali sie ze swoich prycz i udawali sie do zbrojowni aby
odebrac swoj ekwipunek. Poprzedniego dnia Kapitan Denethor przydzielila mi
zadanie specjalne, Rohirrimi zgrupowali sie w Edoras, zeby zasiac strach w ich
sercach, maly odzial mial wedrzec sie do miasta i dokonac "malych" zniszczen.
Wypady na teren przeciwnika to moja ulubiona zabawa, szturmy na Pyralgir,
forsowanie bram Minas Tirith, pacyfikacja Knight's Spur czy tez masakry w Argos
sa tym, w czym jestem expertem. Szybko zebralem grupe wypadowa, ktora skladala
sie w calosci z goblinow, lubujacych sie w krwawych rzeziach. Razem ze mna
w sklad oddzialu wchodzili Mhead the Cruel Sergeant of the Army of Angmar,
Morg the Bestial Corporal of the Army of Angmar. Dowodzilem ja, Manowar
the Bestial Warrant Officer of the Army of Angmar. Wyruszylismy wczesnie ranno,
zeby zaskoczyc mieszkancow Edoras i zaraz po otwarciu bram miasta wtargnac do
srodka siejac zniszczenie. Zblizajac sie do osady zaskoczylismy i zwiazalismy
walka dwojke straznikow, ktorzy nieopatrznie obrali punkt na trasie naszego
przemarszu na swoj posterunek. Jak przystalo na dowodce pierwszy ruszylem do
natarcia z okrzykiem bojowym na ustach, ale moi podkomendni nie kazali dlugo
na siebie czekac. Rohirrimi nie mieli szans. Pomimo starannego wyszkolenia
i dobrego wyposazenia nie byli w stanie nam sprostac. Prawie wszystkie ciosy
przeciwnikow zostaly przezemnie wychwycone i sparowane za pomoca tarczy. Nasza
bron spadala na straznikow z dewastujaca sila i wkrotce ich zmasakrowane ciala
lezaly bezwladnie na ziemi, wygladem wcale nie przypominajac zwlok ludzkich.
Ruszylismy dalej, do otworzenia bram miasta pozostala niecala godzina, ten
nieplanowany postoj opoznil troche nasza grupe wiec musielismy przyspieszyc
kroku aby wykorzystac element zaskoczenia. Wkrotce zreszta w edoras moga zaczac
cos podejrzewac, gdy jeden z ich patroli nie zamelduje sie ranno w koszarach.
Ponaglilem kamratow do szybszego marszu, wiedzialem ze przed sama brama bedzie
stal jeszcze jeden straznik i ze bedziemy musieli szybko go uciszyc, zanim
zaalarmuje obroncow miasta. Tak jak sie spodziewalem, przy wielkim drogowskazie
na rogatkach miasta stal straznik. Jego zachowanie przekonalo mnie ze w Edoras
niczego nie podejrzewaja. Stal w niedbalej pozie oparty o znak drogowy, bron
wisiala w pochwie, byl najwyrazniej znudzony powierzona mu rola. Z pewnoscia
teraz zazdrosci towarzyszom, ktorzy jak co ranno wyjechali na rowniny zwalczac
paletajace sie tam bandy orkow. Nawet nie zauwazyl jak sie do niego podkradlis-
my. Silny cios maczuga w nasade czaszki i straznik osunal sie nieprzytomny na
ziemie, kilka nastepnych ciosow upewnilo mnie,ze juz sie z tamtad nie podniesie.
"Chopcy, wezta jego cialo i wrzucta w krzaki, coby nikt sie nie skapowal cosmy
go kropneli" powiedzialem. Podczas gdy zolneirze wykonywali moje polecenie, ja
zatarlem slady walki, po co jakis powracajacy patrol ma podejrzewac ze cos jest
nie tak. Podkradlismy sie pod brame i zaczajeni czekalismy na jej otwarcie.
"Szefie, brame otfieraja" powiedzial mhead "wchodzim tera?". "Spoko sierdzancie"
odpowiedzialem "dajmy im skonczyc, a wtedy na moja komende spadniemy na nich
jak mucha na na gore gowna i damy im nizle po lbach." Usmiechnalem sie na sama
mysl o zabawie jaka nas czekala, mhead i morg odpowiedzieli zlowrogim chichotem.
Wysokie okute bramy otwieraly sie powoli i gdy zatrzymaja sie wpelni otwarte,
trudno bedzie je szybko zamknac, i o to wlasnie chodzilo. Poza brama nie bylo
innego wejscia do miasta, kiedys istnial tunel ktorm mozna bylo niepostrzezenie
dostac sie do miasta, jednakze teraz tunel zasypano. Gdyby zamknieto brame
nasza misja skonczyla by sie niepowodzeniem. Wysokie i gladkie mury okalajace
Edoras byly wystarczajaca przeszkoda dla niewielkiej grupy wypadowej jaka
dysponowalem. Dobrze ze tutaj nie stacjonuja oddzialy lucznikow, tak jak ma to
miejsce w Minas Tirith. Ze strzalami nie mozna walczyc a rzucanie maczuga
we wroga jest malo efektywnym sposobem walki, zwlaszcza gdy przeciwnik znajduje
sie 30 metrow wyzej. Brama zostala otwarta i trzech straznikow objelo warte
rozstawiajac sie po wewnetrznej stronie murow, pilnie obserwujac wchodzace do
miasta postaci. Podkradlismy sie do bramy miasta najblizej, jak to tylko bylo
mozliwe, od otwartych wrot dzielilo nas zaledwie 10 metrow. "Tera," krzyknalem,
i z okrzykiem "WAAAAAAAAAAGH" zaszarzowalem najblizszego przeciwnika, za soba
uslyszalem okrzyk "Ksy'lakash Dhaos Akhamshy'y Khaos Aksho'mi!", to wzywajac
moce demonow by go wspieraly ruszyl do ataku sierzant Mhead, kapral Morg takze
przylaczyl sie do ataku. Nasz atak byl dla obroncow calkowitym zaskoczeniem,
walczyli niezdarnie nie mogac pozbierac sie po szoku spowodowanym naglym
pojawieniem sie najezcow. Zamachnalem sie na najblizszego przeciwnika dzierzona
przezemnie ciezka stalowa maczuga, trafiajac go w ramie uslyszalem trzask
lamanych kosci. Straznik jeknal z bolu i jego prawa reka opadla bezwladnie.
Widzac luke w obronie przeciwnika z rozpedu uderzylem go tarcza, padl na ziemie.
Widzac wroga w takim polozeniu,lezacego bezbronnie pod moja tarcza i zdanego na
moja laske, widzac jego spojrzenie blagajace o litosc, usniechnalem sie z satys-
fakcja, po czym celnym ciosem zmiazdzylem jego czaszke, rozsmarowujac mozg
rohirrima na bruku. Kolejne naciecie na mojej kolczastej, skorzanej obrozy,
bedzie znakiem ze kolejny z moich wrogow przeszedl wlasnie do historii. Morg
i Mhead rowniez nie pozostawili przeciwnikom nawet cienia szans na zwyciestwo,
o milosierdziu nie bylo nawet mowy. Zaden ze straznikow nie podniesie sie juz
z ziemi, a ich ciala beda przestroga dla innych. W straznicach obok bramy,
znalezlismy tylko jednego plowowlosego straznika, ktory wlasnie odsypial nocna
sluzbe, nieszczesnik nie zdazyl sie nawet obudzic gdy celny cios zmienil jego
twarz w jedna, bezksztaltna, krwawa mase. Coraz wieksza radosc napawala moje
serce. Teraz zaczelismy sie rozkrecac, ogarnela nas zadza krwi, oczy plonely
intensywna czerwienia, rece zaciskaly sie na drzewcach broni. Jedyne czego
potrzebowalem do szczescia to krew, jedyny dzwiek, ktory sprawilby mi przyjem-
nosc to trzask lamanych kosci i jek rannych. "Kierunek baraki" powiedzialem,
"zabic wszystko co wejdzie nam w droge". Podczas marszu do barakow sialismy
chaos i zniszczenie widzac to niektorzy z mieszkancow gineli z samego strachu
nie widzac szans na unikniecie zguby. W barakach w Edoras zbierali sie ludzie,
uciekinierzy z okolicznych wiosek, znajdowala sie tam rowniez glowna kwatera
wojska i siedziba dowodcy strazy Edoras, Elfhelma. Planowalem dostac sie do
koszar i pokazac Rohirrimom ze nie maja dokad uciekac. Szturm na baraki i smierc
Elfhelma napewno zlamie ducha Rohirrimow, i powaznie obnizy ich morale.
Wtargnelismy, dowodca sil zbrojnych Edoras oniemial, jednakze doswiadczony
weteran szybko odzyskal panowanie nad soba. Moi towarzysze palili sie do walki,
jednakze pozbawilem ich tej przyjemnosci. "On jezd moj chopcy, mam z tym parchem
pewien rachunek do wyrownania.",kiedys, gdy bylem mlodym zolnierzem Elfhelm
pokonal mnie w walce i zmusil do ucieczki. Teraz nadeszla pora zemsty. Przeciwnik
tez mnie rozpoznal, lecz wcale go to nie pocieszylo, wiedzial ze tym razem jego
szanse na wygranie pojedynku sa znikome. Zmierzyl mnie wzrokiem. Gdy walczylem
z nim ostatnim razem bylem slabo wyszkolonym mlodym zolnierzem, teraz ujrzal
doswiadczonego i zaprawionego w bojach wojownika. Wzniosl swoj miecz i ruszyl
do ataku. Z latwoscia uniknalem jego ciosu, jednoczesnie uderzajac maczuga
w nogi przeciwnika wytracajac go z rownowagi. Zachwial sie ale nie upadl,
jednakze ta chwila wystarczyla mi na uderzenie tarcza w nerki przeciwnika. Syknal
z bolu. Usmiechnalem sie z satysfakcja. Na moment stracilem koncentracje. Szybki
cios przeciwnika ominal tarcze po to tylko zeby odbic sie od mojej zbroi,
pomimo ze nic sie nie stalo, zbesztalem siebie za to, ze dalem sie tak zaskoczyc.
Zmarkowalem cios z gory, zmuszajac przeciwnika do sparowania go jednoczesnie
uderzylem krawedzia tarczy w podbrodek przeciwnika. Zacharczal plujac krwia.
Jego oddech stawal sie coraz szybszy pot splywal mu po twarzy, a z ust saczyl
sie strumyczek krwi skapujac z brody na i plamiac jasna zbroje dowodcy.
Ponownie zaatakowal, tym razem jednak zabraklo mu juz szybkosci i sily uderze-
nia, co pozwolilo mi na uderzenie przeciwnika w glowe. Wlozylem cala sile w to
uderzenie, efekt byl niesamowity!Glowa Elfhelma zostala prawie wbita w tulow.
Umarl zanim jego zmasakrowane cialo osunelo sie na ziemie. Zemsta sie dokonala,
teraz nadszedl czas na zabawe.
Krzyki rohirrimow wypelnily, spokojne dotad baraki. Cywile nawet nie
probowali walczyc! Padali jak muchy pod naszymi ciosami. Krew plynela szeroka
rzeka, zadanie zostalo wykonane celujaco. Zapadal juz zmierzch gdy minawszy
Trollshawns zblizalismy sie do siedziby Armi Angmaru zdac raport z naszego
wypadu. Kapitan powinna byc zadowolona z wynikow, wielu obroncow dobra nie
stanie do walki ze zlem nastepnego dnia, a smierc dowodcy Edoras bedzie ciosem
po ktorym rohirrimi niepredko sie pozbieraja. Usmiechnalem sie do siebie. Teraz
chce tylko dobrze zjesc i napic przedniego trunku, a jutro znowu pojde walczyc.
------====KONIEC====------