Gwiazdy nad Shire
Lekki wietrzyk poruszyl liscmi stojacej nieopodal akacji, wzbudzajacprzyjemny szelest. Z lasku na poludniu wychylil sie leb dorodnego jelenia.
Przez chwile widzialem jego oczy, czujnie przeczesujace okolice, nie trwalo
to jednak dlugo, bowiem sprytne zwierze wyczulo moja obecnosc i
najzwyczajniej w swiecie dalo dyla w las. "No coz" pomyslalem "Tym razem
moja wieczerza ograniczy sie do niewielkiego krolika, ktory nie byl na
tyle szybki, by mi umknac niecaly kwadrans temu. Wszystko przez moje
lenistwo. Nie raz juz slyszalem od Kapitana Arethiana. Silvaran - szybkosc
to nie wszystko, polowac trzeba sie po prostu nauczyc. Ja wolalem jednak
wloczyc sie to tu, to tam, zamiast siedziec w naszej kryjowce i trenowac.
Teraz cierpiec bedzie moj zoladek". Bylo jednak jeszcze dosc wczesnie,
mialem jeszcze szanse na jakas zdobycz. Ruszylem na zachod, wzdloz Wielkiego
Wschodniego Traktu. Kryjac sie wsrod przydroznych krzakow, powoli zblizalem
sie do mostu na rzece Brandywine. Nie mialem szczescia, zaczynalo sie juz
robic ciemno, a ja dalej targalem tylko tego jednego krolika."Ha" wpadla mi
do glowy wspaniala mysl "Wpadne odwiedzic naszych ludzi na polnoc od mostu.
Wstyd jednak pokazac sie tylko z marnym krolikiem, wstapie do stojacej
nieopodal karczmy i tam kupie cos dobrego. Nie zaszkodzi tez kropelka
slawnej Gamwich Whiskey". Bylem juz tuz kolo mostu, gdy cos zaniepokoilo
kazalo mi sie zatrzymac. Byl jesienny wieczor w Shire, karczma powinna byc
pelna halasujacych hobbitow, wokol jednak bylo zupelnie cicho. Nienaturalnie
cicho. Powoli podkradlem sie pod okno Innu i zajrzalem do srodka. To, co
zobaczylem zmrozilo ma krew. Ja, Silvaran z rodu Aranarth, Master Equipper of
the Rangers of the North, Sentry of Solamnia, w dalszym ciagu nie przywyklem
do takich widokow. Wewnatrz hobbiciej karczmy calkiem niedawno odbyla sie
istna rzez. Miedzy powywracanymi stolami i rozbitymi butelkami lezaly ciala
czterech hobbitow. Nie, to nie byly ciala, to byly krwawe, zmasakrowane
zewloki. Nie mialem tu juz nic do roboty, mimo mych leczniczych zdolnosci
prace znalazlby tu jedynie grabarz. Kto to mogl zrobic ? Jakim prawem i za
co ? Nagle pomyslalem o mych druchach, pelniacych swa straz nie dalej jak
kilometr stad. Pomknalem co sil w nogach wzdluz rzeki. Juz z daleka
uslyszalem szczek oreza i gardlowe porykiwania. Dopadlem niewielkiej polany.
Na niej trwala potyczka. Dwoch rangerow staralo sie odeprzec dzikie ataki
goblina i ciemnowlosego czlowieka. Niestety, zauwazylem cialo trzeciego z
mych druchow, lezace nieruchomo w trawie. Nie zastanawielem sie dluzej i
runalem na dzikich przesladowcow.
W mej dloni blysnego ostrze mego miecza - krotka klinga z pulsujacymi na
filetowo brzegami. W drugiej rece zalsnil dlugi, plomienny sztylet, zwany
z racji na swoj wyglad 'sinusoid cinquedea'. Moj atak zaskoczyl obu rywali,
a moj sztylet utkwil w barku jedego z nich. Rana byla powierzchowna, ja
jednak wiedzialem ze do krwi ofiary dostala sie dawka silnej trucizny,
ktora nasycone bylo ostrze. Goblin skrzywil sie koszmarnie i rzucil sie na
mnie ze swa monstrualnie wielka maczuga. Celne uderzenie w dlon i maczuga
przestala na pewien czas byc grozna. Drugi z napastnikow odpieral ataki
dwoch pozostalych rangerow. Tak jak przypuszczalem zarowno goblin, jak i
dlugowlosy mieli na tarczach znak Angmaru. I nie byly to bynajmniej chuchra.
Moj miecz smigal jak szalony, tak jak i ja zreszta, robiac parady i uniki,
nie chcac wejsc ma cenna glowa w blizszy kontakt w maczuga mego przeciwnika,
ktora juz po chwili byla spowrotem w jego dloniach. By jej uniknac zmyslnym
kopnieciem sypnalem przeciwnikowi piaskiem w oczy. Zaklal paskudnie.
Udalo mi sie jeszcze dwokrotnie trafic go w nieosloniete miejsca mym
sztyletem, gdy stalo sie jasne ze trucizna zaczyna dzialac. Oddech goblina
stal sie urywany i plytki, pot wystapil na jego czolo, a maczuga stala sie
zbyt ciezka na zadawanie prawdziwych ciosow. Ostrze mego miecza przedarlo sie
przez tarcze i blok, bolesnie raniac go w brzuch. Gdy zobaczyl to dlugowlosy,
przerazil sie nie na zarty i zlapawszy swego towarzysza staral sie z nim
wycofac na poludnie. Ja jednak chcialem dac im nauczke. Nauczke za
zmasakrowane hobbity i niezywych rangerow, nie moglem bowiem wiedziec, ze
moje przybycie pozwolilo ograniczyc straty do jednego czlowieka.
Tym razem zaatakowalem czarnowlosego Angmarina. Tego bylo im za wiele.
Porzucajac swa bron rzucili sie do panicznej ucieczki. Na odchodnym udalo
mi sie rowniez drugiego przeiwnika zatruc mym nozem. "Ha" pomyslalem
"Ten pewnie przezyje, jednak goblin umrze jeszcze tej nocy". Wrocilem
na polane. W ferworze walki nie zauwazalem swych ran, dopiero teraz ujrzalem
krew, lsniaca czerwienia na luskach mej smoczej zbroi. Bylem jednak z
siebie zadowolony. Nie codzien zdaza sie dac w skore dwom Angmarinom, oj nie
codzien. Rozpalilismy ognisko. Pieczony krolik smakowal naprawde wysmienicie.
Wysoko, nad nami swiecily gwiazdy. Bylo tak spokojnie i cicho. "Shire jest
naprawde piekny" pomyslalem.