PODROZE ROSENTHALA DE LA FEY - Tom V


Gen-Italia '97 Chelmno

Historia zawarta tutaj jest jak najbardziej prawdziwa. Ze wzgledu jednak iz czytana moze byc ona przez mniej lub bardziej inteligentne osoby, wszystkie techniczne okreslenia znane niejako w XX wieku zostana zastapiane tylko okresleniami znanymi w Mrocznych Wiekach Fantasy. Nie spotkacie sie wiec tutaj z okresleniami takimi jak telewizory, samochody itp. Z powodu pojawienia sie tajemniczego osobnika znanego na swiecie jako Fanatyczny Moralista, inkwizycja surowo ocenzurowala ponizszy tekst. W zwiazku z czym niektore fakty zostana pominiete ze wzgledu na bezpieczenstwo wystepujacych w nich osob, a zwlaszcza mnie... Jakiekolwiek podobienstwo do osob zyjacych obecnie lub w przeszlosci jest calkowicie zamierzone. Inkwizycja zezwolila mi na dodanie wlasnych przydomkow zwiazanych bezposrednio z danymi osobami. Powielanie, kopiowanie i uzywanie ponizszego tekstu bez zezwolenia autora zakonczyc sie moze nocnym spotkaniem z przedstawicielami 'rodziny', znanej w swiecie Genesis jako..Coven.

@}--;--'-

Dawno, dawno temu..w odleglej galaktyce...spotkali sie przedtawiciele z niemal wszystkich organizacji gildiowych na swiecie Genesis..a zdarzylo sie to na dziewiczej (niemalze) planecie Ziemia..w poteznej metropolii noszacej chwalebna nazwe Chelmno... A byli to..(Dramates Personae): Mori- czlowiek z miasta Wroclawia pochadzacy..zaiste nie stanowiacy jeszcze ogromnej sily fizycznej, ale niewielu w stanie jest wypalic tyle dziwnych skreconych bibulek z tytoniem zwanych papierosami..co on. Dominika- panna o blekitnych oczach i zabojczym spojrzeniu..lepiej bylo sie jej nie narazac i nie sprzeciwiac sie gdy chciala postawic na swoim. Nie zwiazana bezposrednio z organizacja Genesis, aczkolwiek kto wie..co przyniesie nam przyszlosc. Pochodzi takze z Wroclawia. Rangar- slawetny w niedalekiej przyszlosci czlowiek. Chlubil sie tym iz zapewne byl jednym z niewielu Ranger Pupilow o tak dlugiej karierze. Obecnie jest juz pelnym Rangerem. Warszawa to miejsce jego pochodzenia. Eardor de La Fey- oto kolejny Ranger z Warszawy pochadzacy. Z ta jednakze roznica iz jego spiczaste uszy wyraznie wskazywaly na raczej elfie pochodzenie niz ludzkie. Elf ten zaiste tajemniczy byl..zwlaszcza z dziwnymi upodobaniami skierowanymi w strone latajacych w okolicy os. Vaktoth- ten elfi Calianski rycerz jako jedyny przybyl reprezentujac swoje rodzinne miasto, Lublin. Swiadczy to w moim mniemaniu o duzym honorze i slownosci Calian, a w tym tkwi sila. Morg- goblin, Army of Angmar..wystepowal juz we wczesniejszych tekstach o podrozach Rosenthala. Przybyl on z Trojmiasta swoim malym czerwonym powozem. Mhead-czlowiek. Przybyl wraz z Morgiem jego powozem. Obecnie bezgildiowy ale wygladal na niebezpiecznego. Na wszystkich otoz rzucal sie z mieczem albo prosil o miedziaka. Zapewne byla w tym ukryta jakas glebsza taktyka, ale nie udalo mi sie jej odkryc. Manowar- to wlasnie ten goblin byl gospodarzem spotkania. Jest mieszkancem Chelmna. Zolnierz w Armii Angmaru. Wbrew pozorym raczej pogodny, ale lepiej nie stawac mu na nodze. Ania- podobnie jak Manowar pochodzi z Chelmna..zwlaszcza ze wg potwierdzonych informacji sa malzenstwem. Podobnie jak Dominika nie zwiazana bezposrednio z organizacja Genesis. Lukasz- z Chelmna, syn Manowara i Ani. Rasa nie do konca ustalona ale wg danych raczej goblin niz czlowiek. Mimo swojego mlodego wieku, bo cos okolo 1 roku i 2 miesiecy, dzielnie podaza w slady swojego ojca. Chociaz jeszcze o tym nie wie, to on prawdopodobnie zostanie Straznikiem Genesis. Elvaron- ten oto mily pocieszny hobbit (tak przynajmniej mi sie wydaje), jest o ile pamietam jakims blizszym krewnym niejakiego Facemana i niejakiego Elmeta. Usposobienie lagodne, ale jak na pozadnego hobbita przystalo, zoladek byl w stanie pomiescic odpowiednie zasoby roznych napojow. Himgurth- ciemoskory Drow Elf z Warszawy, przybyl stamtad wraz z Elvaronem. Himgurth znany jest z powiazan z Kaheda poprzez pewna kaplanke o imieniu Larithiel. Ich pokrewienstwo nie jest do konca ustalone. Saimon- z Trojmiasta. Obecnie malo spotykany w Genesis, do konca takze nie jest ustalone jakiej to jest rasy. Latwo jednakze rozpoznawalny po swoim slawetnym tekscie skierowywanym w strone mojej osoby: 'Miszczuniu'. Jar- zywa legenda dla tych, ktorzy pamietaja jeszcze spotkanie w Lebie. Przyjazd jego niezwykle mnie uradowal, zwlascza ze specjalnie z tej okazji zasmakowalismy jednego z najlepszych winnych trunkow. Mieszka w Trojmiescie, a w Genesis jest raczej silnym Gladiatorem. Goblin. Czucz- Calianin, goblin. Z Trojmiasta. Jego wspaniala goblinska postawa i zmierzwione blond wlosy wskazuja na typowe nordycke rysy twarzy..niektorzy powiadaja ze to czystej krwi aryjski goblin. Mali- takze jedna z legandarnych postaci podczas spotkania w Lebie. Obecnie dolaczyl do niesmiertlenych czarodziei. Obecnie zajmuje sie protektoratem jednej z czesci w Srodziemiu. Valthard- ten bardzo bardzo mroczny Drow z Unii Cienia pochodzi jak i Mali z Trojmiasta. Niespotykana pomyslowosc. To podobno on zalozyl nieoficjalna gildie Nazguli Seksu. Sexgule, gdyz tak brzmi ich nazwa znani sa z bardzo silnych czarow, chociaz maja ich tylko dwa, oraz z najpotezniejszego speciala w calym Genesis. Lokacja gildii jest nieznana. Rosenthal de La Fey- tak..to wlasnie ja. Skromny cichy braciszek z zakonu Kahedy..hehe. Z Wroclawia. Moja rasa to sidhe, a obecnie wygladam jak czysty Drow Elf, gdyz zmiana wygladu to zdolnosci mojej rasy.

To wlasnie sa uczestnicy naszego spotkania. Zapowiadali sie jeszcze inni, ale wielu niestety wymieklo. Na usilna prosbe niektotych osob (inkwizycja chciala mnie spalic), nie bede tego komentowac. Obiecalem takze pominac wszystkie negatywne momenty w naszym spotkaniu. Ponizszy raport zamierzam przedstawic w formie krotkich epizodow, w ktorych dowiedziec sie bedziecie mogli o najciekawszych momentach naszego spotkania. Read it..and enjoy....

@}--;--'-

30.07 (Sroda)

'Podroz'

Z powodow niezeleznych ode mnie dopiero tego dnia moglismy wyruszyc na spotkanie. Czekalem wiec w swojej rezydencji na przyjazd Moriego i Dominiki. I w koncu pojawil sie szary powoz. Tak wiec ruszylismy.. No coz..normalnie niezbyt czesto odczuwam strach..ale kiedy wyczulem predkosc 180 km/h, to dosc kurczowo trzymalem sie aby nie wypasc. Na szczescie dojechalismy jakos szczesliwie na miejsce po 6 godzinach. Tam w Chelmnie troszke pokrazylismy po okolicy zanim udalo nam sie odnalezc miejsce campu.

'Spotkanie'

Zatrzymalismy sie na polu. Poznalismy namioty po stojacym obok powozie Morga. W campie znajdowala sie jedna osoba ale nie znalem jej. Podszedlem i powiedzialem: 'Witam. Jestem Ros.' 'Rangar'-odpowiedzial ten drugi. Po krotkim przedstawieniu sie wzajemnie Rangar zaprowadzil nas do reszty grupy ktora juz byla na miejscu. Tak wiec nagle sie zdziwilem kiedy to manowar wrzasnal: 'Rooooosss!!!!' - i rzucil mi sie na szyje. Po chwili udalo mi sie ochlonic, i przywitalem sie sie z moimi pozostalymi przyjaciolmi, czyli Morgiem, Mheadem, i Eardorem. Dane takze mi bylo poznac Vaktotha. No wiec zaczelismy sobie wspominac o tym, tamtym i owym. Towarzystwo bylo w wysmienitym humorze i zaczeli przekrzykiwac sie jeden przez drugiego. Poniewaz bylo dosc cieplo, Manowar szybko skorzystal z okazji i wskoczyl do wody by sie troche odswiezyc..ktos z gory zamierzal mu wylac chyba troche piwa na glowe, ale chyba stwierdzil ze szkoda tego zlocistego trunku. Poniewaz zmeczenie dalo o sobie znac..po jakims czasie trzeba bylo udac sie na spoczynek. Wszedlem wiec do swojego 3-osobowego namiotu..ktory uprzednio z pewnym trudem usilowalem rozbic..i zasnalem.

@}--;--'-

31.07 (Czwartek)

'Advanced Dungeons & Dragons' 'Dragonlance'

Tak oto nastepnego ranka..kilka osob przenioslo sie w inny swiat wykreowany przez ich wyobraznie..role narratora sprawowal tutaj Vaktoth, natomiast oto te kilka wspanialych scen, ktore udalo mi sie dojrzec...

Tak wiec oto stoi sobie szopa. W srodku kilka osob.Jeden minotaur, czyli Morg, jakis mag w czarnych szatach, czyli Rangar, ktos kto chyba mial uchodzic za rangera o imieniu Eardor i jeden w sumie nie wiem kto w uosobieniu Mheada. Ohh..i naturalnie dwa zaczynajace smierdziec ciala krow. Tak otoz rano Eardor wyruszyl nad rzeke..jego plaszcz pokryty byl dziwnymi rdzawymi plamkami, bardzo przypominajacymi krew. Jak na pozadnego rangera przystalo, rozwiesil na szerokosc rzeki, zawiazujac rekawy do jakichs dwoch drzewek po przeciwnych stronach rzeki. Niestety jak na zlosc inteligentne ryby po prostu omijaly ta amatorsko zrobiona siec. Po ilus tam godzinach stania w wodzie zmokniety Eardor wypelzl na zewnatrz i wyciagnal mokry plaszcz. Przed zmierzchem wrocil do reszty towarzyszy do szopy. Tak otoz nastepnie gdy nasi towarzysze pod oslona ciemnosci przebywali w szopie, uslyszeli tetent kopyt. Nastepnie kroki. Otwieranie drzwi. Nagle swist..i w sciane wbila sie strzala..po chwili nastepna. A potem nagle zaczely leciec plonace strzaly. Nasza dzielna druzyna wyskoczyla wiec czym predzej z powoli zaczynajacej plonac szopy, gdzie starli sie z trzema przeciwnikami. Po krotkiej potyczce jeden z przeciwnikow rasy krasnoludzkiej zwalil sie martwy na ziemie..a moze jeszcze zyl lecz juz nasi dzielni towarzysze zadbali o to zeby przypadkiem nie przezyl. Pozostala dwojka wrogow zpstala pochwycona i zwiazana. Kiedy wrogowie sie ockneli, nasi bohaterowie zaczeli ich powoli i spokojnie przesluchiwac, co skonczylo sie dla ofiar poderznietymi gardlami. Po przeszukaniu cial odnalezli pas z 12 platynowymi monetami, ktore dziwnie szybko gdzies zniknely (jakie monety...?), oraz jakis dziwny sztylet jak tez i pewien pierscien. Nie majac juz czego szukac w najblizszej okolicy, udali sie w dalsza wedrowke w strone miasta Balifor (gdyz znajdowali sie w swiecie 'Dragonlance'). Kiedy po 3 tygodniach udalo im sie dotrzec na miejsce, mag czarnych szat by wkupic sie w laski swojego mistrza, wyslal mu w przesylce ow pierscien, natomias ze sztyletem udal sie do tutejszego maga, noszacego niestety szaty czerwone. Kiedy czerwony mag obejrzal sztylet Rangara, stwierdzil iz za drobna oplata 5 sztuk stali moze mu powiedziec o tym nozyku cosik wiecej. Nasz dzielny Rangar udal sie po pozyczke do Mheada, ktory to wspanialomyslnie ofiarowal mu jedna ze znalezionych (ciiii...) platynek, dzieki czemu Rangar mogl powrocic do maga i zaplacic. Kiedy oczekiwal na ekspertyze, nagle zobaczyl dziwna przemiane na twarzy czerwonej szaty..twarz mu poczerwieniala, oczy zaczely blyszczec ze zlosci a ten wrzasnal: 'Co ty mi tu wciskasz czarna szato !! Probujesz mnie oszukac ??? Tylko czarna szata mogla sie znizyc do czegos takiego! Wynos mi sie stad i niech cie wiecej nie widze!!'- po czym wyrzucil za drzwi monete oraz sztylet, i je zatrzasnal. Zdziwiony rangar wzial monete i zobaczyl ze jest..pogieta. No oczywiscie, falszywa. Wrocil do Mheada i reszty bohaterow i mowi: 'Ta moneta jest falszywa.' Mhead wrzasnal: 'Jaka falszywa! Ja ci dalem prawdziwa!-(mowiac to sprawdzil inna z tamtych monet i zauwazyl ze faktycznie wygina sie jak olow, wiec odrzucil ja czym predzej..)- oddawaj moja prawdziwa monete!' I tak oto radosnie zakonczyla sie ich wirtualna przygoda....

'Deszcz'

Po poludniu zaczelo niestety padac...i nic nie zapowiadalo na to ze ma przestac zbyt szybko. Nasze specjalne skautowskie namioty jakos dziwnie zaczely nabierac wody. No wiec coz bylo robic..siedzielismy sobie wszyscy w zajezdzie i rozgrywalismy bardzo inteligentna gre karciana znana pod nazwa..powiedzmy ze 'Pan'. Niestety po jakims czasie i to nam sie znudzilo, wiec wytezylismy nasze umysly, zebralismy sie w sobie, i po nauczeniu sie bardzo trudnych zasad rozegralismy partie w 'Wojne'. Wieczorem udalismy sie na zasluzony odpoczynek..a na zewnatrz lalo, i lalo, i lalo....

@}--;--'-

1.08 (Piatek)

'Zamach'

Tak otoz nastepnego dnia rano po przebudzeniu co niektorzy stwierdzili ze wypadaloby sie udac na jakiowes zakupy do metropolii Chelmno. Poszlismy w grupie : Rossenthal (czyli Wujek Ros, a przez niektorych nazywany Rosiczkiem i cos tam jeszcze), Mhead, Morg i Vaktoth. Idziemy wiec sobie spokojnie droga, kiedy nagle widzimy ze z gory leci na nas jakis pien!! Spadal centralnie na Vaktotha. Bohaterski Mhead rzucil sie do uciecz..ee..znaczy rzucil sie by oslonic wlasnym cialem Vaktotha krzyczac: 'Uwazaj!!!!!' Pien uderzyl w drzewo przed Vaktothem i wtedy sie okazalo ze byl to nie pien, a jakis ceglany kawal muru obronnego lub czegos w tym rodzaju, ktory po uderzeniu w drzewo rozlupal sie na dwie czesci i zmienil odrobine trajektorie lotu. Na szczescie dla wszystkich nic sie nikomu nie stalo, a dumny z siebie Mhead chcial najpierw rzucic sie na ta skale z mieczem..a nastepnie patrzac na Vaktotha rzekl: 'Daj miedziaka, daj miedziaka...' Udalismy sie wiec w dalsza droge, ktorej ze wzgledu na nieatrakcyjnosc, pogode i nude opisywac nie bede. Dodac jedynie moge ze na scenie pojawili sie w tym dniu Manowar wraz z Ania i Lukaszem.

'Warhammer'

Tak oto kolejne pochmurne popoludnie..trzeba bylo cos wymyslec. Ludzie chcieli juz wracac powoli do swoich miast..wiec wtedy by nie pasc z nudow, przenieslismy sie w wykreowany przez Rangara wirtualny swiat 'Warhammera'. Druzyna byla bardzo zgrana..oto ja, Mhead oraz Vaktoth - dzielne Drow Elfy, i kochajace nas braterska miloscia, ochydne, brodate, smierdzace krasnoludy. Hmm..przepraszam. Krzaty. Tfu. Morg, Eardor i Mori. Kulturalnie zaczelismy od pojscia na turniej. Oczywiscie to Drow byl jedynym z bohaterow ktory wygral jakas konkurencje. Kiedy gratulowalismy naszemu towarzyszowi, nagle uslyszelismy za soba jakis ryk. Odwrocilismy sie tylko by zobaczyc pedzace na nas krzaty. Wyciagnalem od niechcenia miecz i prawie odrabalem Eardorowi noge, po czym ziewnalem z nudow. Po chwili jednak pojawila sie straz miejska..i skonczylismy w lochu. Jak to jednak w bajkach bywa..dostalismy nagla oferte pracy..w zamian za wolnosc. Chodzilo oczywiscie o udanie sie do jakiegos zamku i przeprowadzenie sledztwa w sprawie znikniecia, a dokladniej porwania corki wlasciciela, i odnalezieniu groznej bestii grasujacej w lesie. Po pewnych nieporozumieniach miedzy Drowami a Krzatami udalismy sie spokojnie w droge do zamku. Poniewaz niestety ochydne Krzaty spily mnie swoim wrednym spirytusem krasnoludzkim (a ja nigdy nie odmawiam), wiec nie pamietam samej podrozy. Dotarlismy na miejsce..po doinformowaniu sie na temat corki barona oraz straszliwej bestii, zaczelismy ustalac plan. Plan byl sprytny i dopiety na ostatni guzik..otoz po jakiejs godzinie..moze dwoch...sluzba w zamku byla juz martwa. Zarznelismy wszystkim. Zero swiadkow. Hehehe. Po dokonanej zbrodni stwierdzilismy, iz trzeba wrocic chyba do miasta i powiedziec iz to bestia rozszarpala sluzbe. Na tym wlasnie postanowieniu zakonczylismy nasze dziarskie sledztwo...

'Optymizm'

Po poludniu pojawil sie Manowar z Ania i Lukaszem. Dostalismy od niego optymistyczna wiadomosc informujaca nas o przyjechaniu nastepnych osob na nasz przemily zjazd. Wiadaomosc ta troche podbudowala morale osob tu przebywajacych. Niestety w nastepnych dniach okazalo sie ze przewidywania sprawdzily sie gdzies w okolo 50%. Ale zawsze jest to lepsze niz nic.

'Nocna Wyprawa'

Tak wiec siedzielismy sobie przed naszymi namiotami wieczorkiem...pozniejszym wieczorkiem...noca...az w koncu zostalismy tylko ja, Mhead, Morg i Vaktoth. Okolo godziny 2:00 stwierdzilismy ze moze wybralibysmy sie na jakas mila wycieczke. Udalismy sie wiec w podroz...ciemna noc, jedyne odglosy to lekka mzawka i jakies istoty poruszajace sie w trawie..swiecace oczy dziwnych stworzen..robaczki swietojanskie...nie widzielismy nawet prawie samych siebie. Rozpoznawalismy nasze lokacje glownie poprzez glosy i stukot butow. nagle cos musnelo moj policzek..uslyszalem pisk nietoperza. 'Jeezuu!..co to bylo?' - powiedzialem. Uslyszalem cichy glos Mheada: 'Ze mna nie musisz bac sie niczego, Rosss...AAAAARRRRRGGGGGHHHHH!!!!' ....nic sie nie stalo. Wszyscy zyja..idziemy dalej. Po prawej stronie widzimy nagle jakis maly opuszczony domek..chociaz..przez chwile wydawalo mi sie ze widzialem w srodku poruszajaca sie jakas biala poswiate..moze to zludzenie..a moze cos innego. Idziemy dalej..po prawej stronie droga prowadzaca na cmentarz..chyba cos uslyszalem..hmm..nie jestem pewien..niczego juz nie jestem pewien. Nic nie widze..gdzie reszta....mam nadzieje ze sie nie zgubilem..nie..sa. Cale szczescie. Doszlismy do mostu. To punkt zwrotny. Popatrzylismy w ciemnosci na plynaca pod mostkiem rzeczke..i zabralismy sie w droge powrotna..byla rownie przerazajaca jak w przeciwna strone..ale jakos udalo nam sie dotrzec szczesliwie do obozowiska. Dlugo bede to pamietal..nie wiem jak inni, ale mysle ze rowniez. Bylo moze odrobine strasznie..ale zarazem jakos tak..swietnie. Trudno to opisac. Zmeczeni, udalismy sie do namiotow, aby przespac jeszcze te kilka godzin nocnych, jakie nam zostaly.

@}--;--'-

2.08 (Sobota)

'Wymiana i Wies'

W tym dniu moze niewiele specjalnego sie wydarzylo. Jak zwykle wiekszosc czasu poszla na gre w karty oraz jakies mniej wazne rozmowy. Jedyna rzecz godna uwagi to to, ze nastapila wymiana osob bedacych na spotkaniu. Otoz dojechali do nas Elvaron i Himgurth, natomiast opuscili nas Mhead, Morg i Vaktoth. Wg podanych jednak przez Vaktotha informacji, stwierdzil on iz bardzo mozliwe ze jeszcze powroci wraz z Czuczem ktorego sie spodziewamy w poniedzialek. Zapomnialbym chyba jednak dodac o tym..iz w sasiedztwie naszych namiotow rozbila sie jakas blizej nam nieznana grupa. W zwiazku z tym, uzywajac do tego celu powozu Moriego, kilku dziarskich kompanow udalo sie troche tamtych przestraszyc. Wrzeszczeli, spiewali, tanczyli i rozradowani patrzyli jak tamtym galy na wierzch zaczely ze strachu wychodzic kiedy powoz Moriego prawie stratowal im namioty..co bylo dalej? To juz historia dnia nastepnego... Tak wiec po poznaniu Himgurtha i Elvarona przy paru pozywnych trunkach, udalismy sie jak to zwykle w nocy bywa (aczkolwiek nie zawsze), na zasluzony wypoczynek.

@}--;--'-

3.08 (Niedziela)

'Ucieczka nieznajomych'

Po porannym przebudzeniu jakaz radosna scena ukazala sie naszym oczom, kiedy nasi nieznajomi sasiedzi czym predzej spakowali sie i uciekli. Dziwne jest to, ze w okolicy naszego pola namiotowego caly czas ktos uciekal po krotkim pobycie ...baaaardzo dziwne.

'Jezioro'

No coz...pobyt nad jeziorem. Wypadaloby sie chyba wiec choc raz w nim popluskac. A przy okazji zwiedzic okolice bo niby czemu by nie. Tak wiec ja, Elvaron i Himgurth udalismy sie na spokojna wycieczke wokol brzegu naszego jeziorka. Po jakims czasie odnalezlismy dziwnie wygladajaco zarosnieta zatoczke..cos sie tam ruszalo. Moze lepiej isc dalej...ale nie. Himgurth stwierdzil ze tu sie wykapiemy. No to chlup..hmm..jestem w wodzie..w jakims mule..cos mi sie noga zapada...aaaa..uff..znalazlem staly grunt. Chociaz temu miejscu daleko bylo od pierwszej kategorii czystosci, to jednak zdobylismy sie na to zeby sie wykapac. Nie zalowalismy. Tak dawno nie plywalem (trzeba sie najpierw wogole nauczyc plywac..hehe). Po lekkim osuszeniu sie udalismy sie w dalsza droge brzegiem. Poniewaz znalezlismy wlasnie ogromne pole jakiegos zboza, to od razu zaczelismy sie po nim ganiac..(biedni rolnicy). No i tak oto powolutku wrocilismy sobie spokojnie do naszego obozowiska, gdzie czekala reszta. Tam czekali juz na nas Manowar z Ania i Lukaszem, a takze rangerzy i Mori z Dominika. Hmm..Lukasz sie wczul w role pana sytuacji i przyszlego Straznika Genesis. Dwa wielkie materace..miekki spiwor, potezny namiot..i sam malutki Lukaszek w srodku..trzeba sie mu podlizac chyba..wybral moj namiot, hehe.

'Sztandar'

Noc wczesniej wredny oboz..(czyt. orc kindergarten) chalasowal do pozna w nocy. Nie dali nam pospac..nadszedl czas na zemste. Poznym wieczorem, jakis czas przed polnoca, udalismy sie wiec w skladzie: ja, Elvaron, Himgurth, Mori i Eardor. Wyszlismy z naszego obozowiska. Poniewaz w kindergarten jeszcze nie spali, udalismy sie wiec najpierw na krotka wycieczke w strone Chelmna. Idziemy, naggle z za zakretu wypada jakis powoz oslepiajac nas swiatlami. Zdenerwowany Mori cisnal w nich niedopalkiem tej dziwnej bibulki z tytoniem, papierosem zwanej. Powoz sie zatrzymal..cofnal. Ze srodka wyszli dwaj..hmm..duzi..chyba trolle. Jeszcze do tego chyba spici. Cos zaczynaja sie burzyc. Ale obylo sie bez przelewu krwi..poburzyli sie, opluli swoje zakazane mordy, po czym wsiedli do powozu i odjechali. My ruszylismy dalej. Nadszedl czas zawracac..wrocilismy ta sama droga. Od tylu zakradlismy sie do kindergarten. Przyczajeni za krzakami obserwujemy okolice..pusto..cicho. Tylko czemu te durne swiatla tak jasno swieca. No coz, idziemy dalej. Elvaron i Mori na przedzie. Skradaja sie powoli za budynkami..ja i Himgurth schowani za krzakiem gotowi do szybkiej reakcji. Eardor za jakims powozem. Mori i Elvaron powoli ida w strone srodka placu..tup..tup..tup..trssk...galazka. Chwila ciszy. Zadnej reakcji. Ida dalej. Po chwili dochodza do masztu. Zaczynaja sie mocowac ze sznurkiem, zeby sciagnac sztandar..jakies zgrzytliwe odglosy..maszt sie chwieje. Trwa to pewna chwilke. Po jakichs 5 minutach zawracaja..spotykamy sie w ukryciu. 'Co sie stalo?'- zapytalem. 'Kolowrotek sie zacial, nie uda sie sciagnac sztandaru'-odszepnal Mori. 'Chyba ze caly maszt wezmiemy'-zaproponowal Himgurth. Po chwili zastanowienia stwierdzilismy ze maszt zostawimy w spokoju. Ale nie darujemy im tego. Himgurth, Elvaron i Mori powoli zblizyli sie do kilku namiotow i pozbawili ich pewnej ilosci sledzi utrzymujacych konstrukcje. Po chwili sie wycofalismy. Mori stwierdzil ze idziemy bezczelnie przez srodek obozu. No to idziemy..i wpadamy na straznika. Po krotkim wytlumaczeniu ze calkiem przypadkowo sie tu znalezlismy, przeskoczylismy sobie najspokojniej w swiecie przez plot, i okrezna droga udalismy sie z powrotem do naszych namiotow, spotykajac po drodze wsciekla Dominike (mialo nas nie buc 5 minut). I tak oto szczesliwi z rezultatu wyprawry, oddalismy sie blogiemu snu.

@}--;--'-

4.08 (Poniedzialek)

'USO - Udentifyied Swimming Object'

Tego dnia zapragnelismy poplywac sobie po jeziorze dziwnymi amfibiami zwanymi rowery wodne czy jakos tak. Stworzylismy dwie druzyny. Oto w jednej mnisi z Kahedy, czyli ja, Elvaron i Himgurth. W drugiej byli Mori z Dominika oraz Eardor i Rangar. Wyplynelismy wiec na wody jeziora. Jakzeby jednak obylo sie bez prowiantu..zatrzymujac sie przy przystani, wyskoczylem do pobliskiej tawerny i zakupilem troche zlocistego napoju, coby nas nie wysuszylo za bardzo. Tak wiec zwiedzalismy te wspaniale wody, i podziwialismy piekne widoki wokol nas..takie ladne kajaki..hehe. Minely wiec nam na tej sielance ze 2 male przesuniecia slonca..hmm..a co ja bede krecil. Minely nam na tym 2 godziny. Dobilismy do brzegu.

'Wielkie Spotkanie'

Idac od strony przystani do tawerny stwierdzilem..hmm..jakies nowe namioty pojawily sie kolo naszych. Moze ktos dojechal. Ide sobie spokojnie dalej. Nagle..widze..rzucam butelki i wrzeszcze: 'Saimooooon!!!!' 'Miszczuniu!!!!'- wrzasnal Saimon i rzucilismy sie sobie w ramiona. Po przywitaniu zabralem butelki i udalem sie by je oddac. Po drodze mowilem Elvaronowi i Himgurthowi: 'Ciekawe czy Jar i Czucz sa..' Nagle patrze..jakies dwie zakazane twarze sie we mnie wpatruja przy barze...nie kto inny jak..Jar i Czucz. Po kilku glosnych wrzaskach znowu zaczelismy sie sciskac i witac, i udalismy sie do reszty. Tam przy wielkim stole czekali na nas juz wszyscy pozostali. I ci co byli, i Mhead z Morgiem i Vaktothem ktorzy powrocili, a takze Valthard i Mali. Tak wiec zaczelismy rozprawiac o tym i o owym, wspominac przygody z przeszlosci, takie jak w Lebie czy z Trojmiasta, i ustalilismy ze w nocy musimy to uczcic.. Podszedlem wiec do baru i u znajomej kelnerki Iwony zamowilem caly zapas szlachetnych trunkow jakie tylko sie tam znajdowaly. Nasza ukochana 'Arizona', 'Texas', i inny mniej nam wczesniej znany szlachetny trunek 'Byk'. Nie znajac 'Byka', zamowilem jednego na sprobowanie. Jak na zlosc przez doskonala jakosc wykonania butelki przy otwieraniu zmasakrowalem sobie dlon, ale co tam, jakos przezyje. 'Byk' zniknal dosc szybko. Tak wiec kiedy odrobine ochlonelismy po przywitaniu, Czucz zmajstrowal dla nas kolejna wspaniala atrakcje...

'Football Angmarski'

Pilka przywieziona przez Czucza byla zaiste dziwna..jakas jajowata, taka..hmm..fajna. Dowiedzialem sie ze sport pochodzi po czesci z Footballu Amerykanskiego, a po czesci z Rugby, co w wyniku tego dalo mecz goblinow. Utworzylismy wiec dwie druzyny. W pierwszej bylem ja, Jar, Czucz, Morg oraz Valthard..czyli dobra stara elita z Leby..a w drugiej Mhead, Mali (nasi agenci z Leby), Vaktoth, Elvaron i Himgurth. Rozpoczela sie rzez...znaczy..porzadna gentelmanska gra. Biegalismy, kopalismy, skakalismy, rzucalismy, az wreszcie nawet zrozumialem ze w tej grze sie mysli. Jak wspomnialem, poniewaz na zasadzie infiltracji umiescilismy w druzynie przeciwnej Mheada i Maliego, to naturalnie mecz zakonczyl sie chwalebnym wynikiem 3:0 dla naszej druzyny. Po skonczonym meczu..jakos nikomu nie chcialo sie czekac do nocy..udalismy sie wiec powlutku w strone jeziorka..gdzie mialo odbyc sie nasze wielkie 'ognisko'...

'Wielkie Party'

Tak..mialo byc ognisko, lecz niestety zaczelo padac. Jak na zlosc, akurat w dniu spotkania najwiekszej grupy. Byli wszyscy, ktorych wymienilem na poczatku tej histori..no..moze za wyjatkiem Lukasza. On ma powazniejsze rzeczy do roboty. Wyslal jednak swojego pelnomocnika w uosobieniu wacpanny Joli. Tak wiec zaczelismy biesiadowac. Nie bede tu opisywac wszystkich szczegolow, poniewaz..tam trzeba bylo po prostu byc. Latwo jest opisac wymyslona uczte, ale trudno, kiedy wydarzyla sie ona naprawde. Ucztowalismy do pozna w nocy. Porobily sie jakies male grupki, ale co tam. Grunt ze wszyscy dobrze sie bawili. Nawet Jar ktory udawal ze spi na lawce, a tak naprawde to wszystkiego sluchal i notowal..hehe. Niestety, nawet nas kiedys opada zmeczenie. W koncu nadszedl czas by udac sie jak kazdej nocy..(prawie), na spoczynek. Udzielilem schronienia w swoim namiocie Jarowi i Maliemu, lecz zanim wszyscy posnelismy, dlugo jeszcze trwaly kreatywne rozmowy. Wtedy to wlasnie powstal pomysl o tzw Sexgulach, a wlasciwie to Sex-Ghoulach, czyli Nazghoulach Seksu. Bardzo potezna gildia..tak wiec prowadzac bardzo powazne inteligentne rozmowy, chyba zasnelismy.. Snilo mi sie..tak..to byla atrakcja imprezy..kiedy lapalismy osy do butelek..a potem taki Valthard np. lup!, butelka o stol, lup!, lup!...spac..zasnac..

@}--;--'-

5.08 (Wtorek)

'Sniadanie'

Rano kiedy wstalismy i troche doszlismy do siebie udalismy sie do naszego ulubionego zajazdu na jakies skromne sniadanko. Tam oto kazdy kto byl glodny zamowil cos apetycznego do konsumpcji. Taki Mali np. siedzi sobie z tajemniczym usmiechem..nagle kelnerka wola: 'Dwa razy flaki!' Mali wstaje..bierze dwie male miseczki, podchodzi do stolu i mowi: 'Tak wyglada podwojna porcja flakow.'-fffssshhhhuuu...hmm..chyba przekrzywil troche za bardzo miseczke..dokonczyl: 'Pojedyncza porcja flakow...' Posilek ten mial calkiem przyjemna konsystencje, ale pewni bylismy is skladal sie on na pewno w duzym stopniu ze slimakow winniczko, a nie bylismy do konca pewni ich obecnego stanu zywotnosci..ale jakos dalo sie to podobno zjesc. Zreszta dostal druga porcje flakow na koszt zajazdu. Tak wiec zjedlismy sniadanko, a po nim zaczelismy sie zegnac..ludzie zaczeli sie pakowac, i powoli opuscili obozowisko. Takze Manowar juz sie z nami pozegnal i opuscil nas. Nie dojechali ci, na ktorych jeszcze czekalismy..ale zdarza sie. Tak po prostu bywa. Wieczorem zostalismy juz tylko ja, Moti i Dominika. Udalismy sie wczesniej na spoczynek by przygotowac sie do drogi powrotnej.

@}--;--'-

6.08 (Sroda)

'Powrot'

Rano wstalismy..ladna pogoda..moze nie za cieplo ale tak w sam raz na podroz. Zjedlismy jakies sniadanie, spakowalismy sie, weszlismy do powozu i ruszylismy w strone naszego drogiego Wroclawia. Myslalem ze nic mnie juz nie przerazi po tym jak jechalem 180 km/h..ale niestety..tym razem Mori wyciagnal wiecej z koni..i pruly one 200 km/h. No coz..jakos przezylismy..a Mori i tak zalapal mandat ze stojacego w ukryciu 'watchful humana'. Po jakichs 6 godzinach dojechalismy do domu..tam pozegnalismy sie, wiedzac ze i tak zapewne nastepnego dnia znowu sie zobaczymy. Tak oto zakonczyla sie kolejna z moich podrozy.

@}--;--'- @}--;--'- @}--;--'-

Tak oto moglbym zakonczyc ta historie. Postanowilem jednak dopisac na zakonczenie kilka slow. Pod naciskiem inkwizycji obiecalem nie opisywac zadnych negatywnych momentow, nie komentowac dlaczego ktos nie przyjechal albo cos w tym stylu. Musze jednak napisac cos wiecej, nawet jesli mam za to splonac na stosie. Nikt oczywiscie nie musi tego czytac. Pamietajcie, jestesmy tylko ludzmi. Wszyscy. Niezaleznie od rasy. Czlowiek jak wiele innych stworzen moze popelniac bledy. Nikt nie jest doskonaly. Moga wystapic niesnaski, utarczki i takie tam podobne motywy. Jednak takie spotkania jak to, sa organizowane (tak przynajmniej mysle) po to, by integrowac ludzi, powiekszac grono przyjaciol, znajomych, a nie dodawac 'next brick in the wall'. Nie nalezy bac sie wytknac komus jego bledu, sztuka jest to zrobic po przyjacielsku, i sprobowac ta druga osobe czegos nauczyc, a nie od razu skazywac ja na straty. Mysle ze sporo osob zrozumie to male przeslanie jakie chcialem tu zawrzec. Dziekuje wszystkim, ktorzy wytrwali do konca czytajac ten manuskrypt, a teraz mysle nadszedl dla mnie czas..na zasluzony odpoczynek.

Zapisano dnia 11 Sierpnia 1997 A.D. we Wroclawiu

Podpisano:

Lord Rosenthal Nottingham de La Fey

@}--;--'-


genesis Back to Genesis Club Page