Sri Lanka

Sri Lanka 1998

Ponieważ Sri Lanka nie jest krajem zbyt znanym, najpierw rzucę garść informacji:

Jest to wyspa na Oceanie Indyjskim na południe od Indii, mniej więcej wielkości Czech, ale posiadająca aż 18 mln ludzi. Ludzie ci to przede wszystkim Syngalezi (70%), ale także Tamilowie (20%), no i reszta, czyli pozostałe 10%. Zarówno Syngalezi jak i Tamilowie są bardzo mili, uśmiechnięci, pokorni i uczynni, więc nie mam pojęcia jak mogą się ze sobą bić i to już od kilkunastu lat.

Klimat – monsun zimowy jest na północy od listopada do grudnia; monsun letni na południu od kwietnia do czerwca. Ale to tylko teoria, bo choć byłem w sierpniu, to monsun akurat wrócił i moja opalenizna była daleka od tej, o której marzyłem.

Dzień I

Zaczął się dość późno, bo o czwartej po południu. Zebraliśmy się na lotnisku na Okęciu i po chwili pilot oznajmił nam, że samolot Balkanu (bułgarskie linie lotnicze gorąco polecam) miał problemy z wystartowaniem w Sofii, przez co nasz wylot opóźni się o półtorej godziny. Ku naszemu osłupieniu pilot bardzo się z tej wiadomości cieszył. Zrozumieliśmy go gdy zobaczyliśmy lotnisko w Sofii. Ale najpierw opowiem o locie Warszawa-Sofia. Wsiedliśmy do wspaniałego TU-154 i poczułem się jak w latach młodości, gdy latałem niezapomnianym Aerofłotem. Jeszcze przed odlotem zobaczyłem czym różni się Balkan od innych linii lotniczych – stewardesy liczyły ilość pasażerów w samolocie na liczydle! Trzykrotnie – bo ciągle nie zgadzało im się! W końcu oderwaliśmy się od ziemi (jedyne co mają dobre w Balkanie – to pilotów) i poszybowaliśmy w kierunku Sofii. Podczas posiłku wszystko pachniało różą, łącznie z różaną herbatą (w wydaniu bułgarskim jest to obrzydlistwo). W końcu dotarliśmy do stolicy Bułgarii i muszę powiedzieć, że lotnisko tamtejsze stawiam prawie na równi z lotniskiem w Luandzie – stolicy Angoli. Brud, smród, tłok i duszno. Na szczęście po krótkim czekaniu (pilot miał rację) wsiedliśmy do Boeinga (też Balkanu) wyruszyliśmy w kierunku Kolombo. W międzyczasie minęła północ, więc rozpoczął się

Dzień II

Noc była krótka (ponieważ lecieliśmy na wschód). Podczas lotu pokazali nam film (był tak beznadziejny, że do dziś nie wiem o co w nim chodziło, chociaż aktorzy mówili nawet po angielsku). Wylądowaliśmy w południe na lotnisku w Kolombo (o niebo lepsze od sofijskiego) i po powitaniu nas girlandami kwiatów przez miejscowego przewodnika wsiedliśmy do autobusu i ruszyli do Anuradhapury – starożytnej stolicy Syngalezów. Do pokonania mieliśmy 220 km, więc wszystkim się zdawało, że czeka nas potem kilka godzin odpoczynku. Nic bardziej mylnego – główne drogi na Cejlonie są szerokości naszych wąskich uliczek osiedlowych, więc gdy dwa samochody chcą się minąć – jeden z nich musi zjechać na pobocze; a co dopiero gdy jednym z pojazdów jest autobus! Do tego co pewien czas są check pointy – stanowiska żołnierzy na drogach (w końcu w kraju jest wojna), które trzeba omijać zwalniając do ok. 5 km/h. Z tych też powodów nasz kierowca autokaru cieszył się jak dziecko, gdy średnia prędkość na godzinę przekraczała mu 30 km . W końcu późnym wieczorem (choć przy równiku nie ma takiej pory dnia jak wieczór) dotarliśmy do naszego hotelu.

Dzień III

Nareszcie po tylu podróżach rozpoczynamy zwiedzanie! Na pierwszy ogień poszło Mihintale – miejsce gdzie na Sri Lance narodził się buddyzm. W III wieku p.n.e. ówczesny król Divanampia TW tej świątyni w Mihintale mieszka wąż, który na szczęście przed nami uciekłissa (czemu każdy władca cejloński nazywał się tak, że mi język stawał kołkiem, gdy wymawiałem jego imię?!) spotkał podczas polowania mnicha Mahindę – syna cesarza Indii. Mnich ten przekonał króla do swej religii (a może bardziej przekonały go armie cesarza Indii?) i na wzgórzu zamieszkali mnisi buddyjscy. Władcy Cejlonu mieli dwie pasje – o jednej opowiem później, a drugą było budowanie coraz to większych dagob. Na szczycie wzgórza po pokonaniu 1842 schodów stała oczywiście dagoba. Była biała, miała ok. 50 m wysokości i biegały dookoła niej małpy. Jak we wszystkich świętych miejscach na Sri Lance trzeba było zdjąć tu buty. Poza tym był fajny widok na okolicę. Po obiedzie zaatakowaliśmy Anuradhapurę – stolicę Syngalezów od IV w. p.n.e. do X w. n.e. Oszczędzę opisu kolejnych dagob (różniły się tylko wysokością i stopniem zniszczenia) i opowiem historyjkę która zdarzyła się nam, gdy zwiedzaliśmy n-tą z kolei dagobę. Nagle nasz miejscowy przewodnik zaczął skakać jak małpa, biegać i radośnie krzyczeć. Spośród jego okrzyków zrozumieliśmy, że właśnie tutaj przed chwileczką był kręcony kolejny odcinek cejlońskiej telenoweli i że stoją tu najsłynniejsi aktorzy na wyspie. Bardzo grzecznie poprosił ich do zdjęcia, a oni chętnie się zgodzili. Potem dowiedzieliśmy się, że serial leci w środy o ósmej dwadzieśTej kobry o mało co nie rozdeptała pani Z. Obie uszły z życiem.cia. Wieczorem jeszcze (w tym dniu ciągle coś zwiedzaliśmy) zobaczyliśmy Wielkie Święte Drzewo Bo – najstarsze udokumentowane drzewo świata, odszczepka drzewa pod którym medytował Budda. Ma ok. 2250 lat i wcale nie wygląda staro.

Dzień IV

Wyruszamy w dalszą podróż. Najpierw przy drodze zatrzymaliśmy się zobaczyć lepiankę. Jest to domek z gliny, w którym mieszkają tubylcy. Zobaczyliśmy jak się w warunkach domowych łuska ryż za pomocą dwumetrowego moździerza. Przed domem miała stoisko z warzywami i owocami, Te freski w Sigiryi nie były odnawiane przez ostatnie 1600 lat.którym przyglądaliśmy się ciekawie. Kolejnym przystankiem był posąg Buddy w Aukanie z V w. n.e., który niestety był w remoncie. Po obiedzie kolejne wyzwanie – skała w Sigiryi. Po pokonaniu ponad 2000 schodów (do dziś w głowie utkwiło mi równanie: “Sri Lanka = schody”) - które w niektórych momentach były prawie pionowe - dotarliśmy na szczyt. Widok stąd robi naprawdę wrażenie!
Wieczorem dotarliśmy do naszego następnego hotelu – w Giritale koło Polonnaruwy. Był malowniczo położony nad sztucznym jeziorem, ale niestety posiadał za mały basen.

Dzień V

Rano wybraliśmy się zobaczyć jak robią maski na Sri Lance. Jest to jedna z rzeczy Po tym ryżu w łuszczarni jeździ ciężarówka, by móc go potem łatwiej wyłuskaćcharakterystycznych dla tej wyspy. Do dziś w wielu rejonach wyspy maski zastępują lekarza, gdyż mają moc odganiania złych duchów. W południe można nas było znaleźć w łuszczarni ryżu, gdzie dowiedziałem się, przez jakie katusze musi przejść ziarnko ryżu, zanim znajdzie się na moim talerzu. Całe popołudnie pochłonęło nam natomiast zwiedzanie zabytków Polonnaruwy – stolicy Syngalezów od XI do XIII w. Jest to stolica trzech wielkich władców (dla amatorów dziwacznych imion tamtejszych władców podam, że nazywali się: Vijabahu I, Parakramabahu I Wielki i NSala tronowa pałacu króla Nissanki Malli robi duże wrażenie.issanka Malla), za których Cejlon przeżywał swoje apogeum. Zobaczyliśmy ruiny biblioteki, dwóch pałaców (jeden z nich miał aż siedem pięter), sali audiencyjnej i kilku kolejnych dagob, w tym jedynej dagoby thuparama, w której zachował się dach. Nie mogłem podziwiać jej nieco posępnej urody, ponieważ jakieś miejscowe dziecko strasznie głośno płakało i w ogóle nie dało się myśleć. Późnym popołudniem dotarliśmy do miejsca, gdzie wyrzeźbione są trzy wielkie posągi Buddy. Na tle Buddy nie wolno sobie robić zdjęć, jednak mieliśmy na wycieczkę panią Z., która uparła się, że koniecznie musi mieć zdjęcie. Gdy akurat mnisi, żołnierze i nasz pilot odwrócili się, pani Z. ustawiła się na tle Buddy, przyjęła pozę grzecznej panienki, pokazała swój firmowy uœmiech, złapała się za swój słomkowy kapelusz i już miała zakazane zdjęcie. Z panią Z., to ciągle mieliśmy jakieś ciekawe historie – np. poprzedniego dnia chciała mieć zdjęcie z pytonem i pędząc w kierunku swojego okazu o mało co nie rozdeptała jadowitej kobry, która należała do zaklinacza węży. W ostatniej chwili złapał ją nasz przewodnik.

Dzień VI

Przed i w jaskiniach DambulliJedziemy dalej. Kolejnym punktem zwiedzania była Dambulla – jaskinia skalna w której jeden z władców Cejlonu w I w. p.n.e. ukrywał się i z późniejszej wdzięczności (odzyskał władzę) zaczął stawiać w tej pieczarze posągi Buddy. Kolejni władcy upiększali dzieło i oto dziś mamy coś, co rzeczywiście robi piorunujące wrażenie. Niestety nie można tu ani filmować, ani robić zdjęć. Kolejnymi przystankami na naszej drodze były: Nalanda z małym kamiennym kościółkiem z VIII w. n.e. i ATa małpa niedaleko jaskiń w Dambulli wyglądała jakby świeżo wróciła od fryzjera.luvihara, gdzie znajduje się biblioteka z książkami i mantrami buddyjskimi pisanymi na liściach palmy ola, z których najstarsze mają po 2000 lat. Wieczorem dotarliśmy do Kandy, które leży na wysokości 600 m. n.p.m. i jest stolicą the Hill Country. Ponieważ pilot postanowił nie dać nam odpocząć, więc wieczorem wybraliśmy się na pokazy miejscowych tańców połączonych z chodzeniem po ogniu. Na szczęście po ogniu chodzili tancerze i nie zapraszali publiczności do tego misterium.

Dzień VII

Naszym celem okolice Kandy. Najpierw ogrody przypraw, gdzie zobaczyłem jak rośnie pieprzOgrody botaniczne w Peradenya koło Kandy wygladają tak, jak zawsze sobie wyobrażałem egzotyczne miejsca o których czytałem w ksiązkach podróżniczych. (który znałem z Maroka), wanilia, cynamon, kardamon, imbir, goździki, drzewo sandałowe, itd. itp. Wyszliśmy stamtąd objuczeni jak wielbłądy przyprawami, które można było kupić w pobliskim sklepie. W południe dotarliśmy do miejsca gdzie się kąpie słonie. Sam słonia kąpałem, szorowałem łupiną od kokosa, a następnie na nim jeździłem (na słoniu oczywiście, a nie na łupinie). Muszę stwierdzić autorytatywnie, że słoń uwielbia chlapać na swojego jeźdźca, a poza tym ma za gruby kręgosłup co jest kłopotliwe podczas jazdy. Popołudniu zwiedzaliśmy jedne z najpiękniejszych ogrodów botanicznych świata (i nie jest to tylko mPrawda, że nieźle wyglądam z tym słoniem?oja opinia, lecz także i specjalistów), gdzie poznawałem dziesiątki rodzajów drzew egzotycznych. Podczas zwiedzania złapał nas deszcz monsunowy (mówiłem, że monsun wrócił), przez kapelusze niektórych kobiet wyglądały żałośnie.

Dzień VIII

Rano zaatakowaliśmy najświętsze miejsce na Sri Lance – Świątynię Zęba Buddy (w której rzeczywiście jest ząb, tyle że nie wiadomo czy rzeczywiście Buddy; złośliwi twierdzą, że jest to ząb krokodyla, bo Budda musiałby mieć szczękę jak koń, by zmieścić taki ząb w ustach. W każdym razie mnisi się obrazili na zachodnich ekspertów i nie pokazują go nikomu. Ząb jest przetrzymywany w srebrnej szkatule.) Podczas kolejnej z trzech kontroli, która odbywa się łącznie z obmacywaniem przez żołnierzy, pani Z. zaczęła piszczeć i wołać po polsku: "co ty mi robisz moje drogie dziecko!?". Niemniej potTamilki są bardzo fotogeniczne. Tą przyłapałem, jak sortowała herbatę.em mówiła, że było jej bardzo przyjemnie, jak ją obmacywali i chętnie poszłaby tam jeszcze raz. Kontrole są przy świątyni zrozumiałe, ponieważ w pół roku przed naszym przyjazdem udało się Tamilom wysadzić pół tej świątyni w powietrze. Obecnie trwają prace rekonstrukcyjne. Większość dnia spędziliśmy w autokarze jadąc wyżej w góry – do Nuwera Eliya, miejscowości położonej na wysokości 2000 m. n.p.m. i ulubionej przez angielskich kolonizatorów, bo klimat jest tu prawie jak w Wielkiej Brytanii (nawet są poranne mgły)Po drodze mijaliśmy pola słynnej herbaty. Zatrzymaliśmy się również w fabryce herbaty, gdzie z mogliśmy wszystko zobaczyć i skosztować złocistego napoju. O zmroku już byliśmy u celu.

Tak wyglądają sławne na cały świat pola herbaciane. Niestety nie było na nim herbaciarek, ponieważ akurat była niedziela, więc miały wolne.

Dzień IX

Po śniadaniu zwiedzaliśmy typowo angielski klub: The Hill Club, gdzie czułem Po wielu próbach udało mi się zrobić zdjęcia z mnichami buddyjskimi. Dodatkowo w tle są wodospady Ramana Ella.się, jakbym się przeniósł w czasy wiktoriańskie. Potem musieliśmy dalej ruszyć w drogę (czekało nas 250 km, a wspominałem już o drogach na Cejlonie). Chociaż widoki były piękne, nam wszystkim strasznie chciało się spać (...poprzedniej nocy była impreza... ), więc droga nie wydawała nam się taka długa. Znowu zobaczyliśmy kilka dagob i posąg Buddy oraz bardzo ładne wodospady o wysokości mniej więcej 70 m. Około czwartej byliśmy na miejscu – czyli w Tissamaharama.

Dzień X

Rozpoczął się bardzo wcześnie, bo pobudką o 4:40 (w Polsce jest wtedy 0:40). O 5:30 był wyjazd – jechaliśmy na safari do parku narodowego w Yala. Po pół dnia spędzonego tam miałem na swym koncie zobaczone: mangustę, miejscowe odmiany saren, dzikie pawie, dzikie świnie, krokodyle, bawoły, marabuty, kormorany, czarne bociany, czaple, dzikie koguty i jeszcze kilka innych zwierząt, których w tej chwili nie pamiętam. Nie widzieliśmy tu dzikich słoni, ale udało się nam je zobaczyć koło Sigiryi, gdy nasza droga prowadziła przez dżunglę. Pani Z. była safari zawiedziona, bo nie udało jej się zrobić zdjęcia na tle lamparta (zgryźliwi mówili, że chciała mieć zdjęcie z żywym lampartem na szyi). Drugą połowę dnia spędziliśmy w autokarze jadąc w kierunku naszego miejsca upragnionego odpoczynku – Beruwali. Dotarliśmy tam w nocy, jednak na tyle wcześnie, by zdążyć na kolację

Dzień XI i XII

Nareszcie plażowanie i odpoczynek. Monsun czasami przeszkadza. W oceanie cudowne fale, a w hotelu niewielu turystów co czyni szerokie piaszczyste plaże prawie puste.

Perahera robi piorunujące wrażenie.Dzień XIII

Kolejna wycieczka. Tym razem na południe wyspy – do Galle – starego fortu holenderskiego z XVII w. Najpierw po drodze zobaczyliśmy farmę żółwi. Zostałem ojcem chrzestnym jednego przemiłego trzydniowego żółwia zielonego – sam wypuściłem go na bezmiar wód Oceanu Indyjskiego. Mieliśmy płynąć także łodzią ze szklanym dnem i oglądać rafę koralową, ale niestety ocean był wzburzony (monsun wrócił), więc z wyprawy nici. Kolejnym punktem był fort w Galle – który, będąc szczery, nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Może gdyby go ktoś nieco odnowił... W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w muzeum masek w Ambalangodzie (jest to miejscowość tak sławna ze swoich masek, jak Toruń z pierników). Na koniec mieliśmy miłą niespodziankę – kilka wiosek przez które przejeżdżaliśmy akurat urządziło coroczną peraherę (rodzaj procesji ku czci jakiegoś boga). Korowód ludzi w barwnych strojach i odświętnie przystrojonych słoni ciągnął się kilka kilometrów. Dudnienie w bębnyNiektóre maski w tym muzeum miały ponad sto lat. Akurat ta, którą mam na twarzy - nie.i pianie piszczałek tworzyło niesamowite wrażenie. Tańce, które widzieliśmy w Kandy nie okazały się cepeliowskim kiczem – oni rzeczywiście tak tańczyli!

Dzień XIV

Znowu poranna pobudka (jak ja nie lubię rano wstawać...). Tym razem wybieramy się na targ rybny w Beruwali. Tłok, ścisk, okrzyki i zapach ryb tworzyły niesamowity nastrój. Widziałem rekiny, ryby-młoty, ryby-piły, ryby koralowe i wiele innych gatunków, których nazw nie znam. Tuńczyki zaczynały się od małych o długości ok. 20 cm, a kończyły się na ponaddwumetrowych olbrzymach.

Dzień XV

Tym razem wybraliśmy się na przejażdżkę łodzią po rzece Bentota. Po dwóch stronach rzeki rozciągał się las mangrowiowy, a na brzegach wygrzewały się warany (całkiem miłe stworzenia) i niewielkie krokodyle. Nad rzeką latały piękne błękitne zimorodki. Pośrodku rzeki zmoczyła nas totalnie tropikalna ulewa. Powoli zaczynam tęsknić do domu...

Tego żółwia poznałem na farmie. Miał trzy lata i ważył całkiem sporo.

Dzień XVI

Po spakowaniu walizek i skonsumowaniu obiadu żegnamy nasz hotel w Beruwali i jedziemy na północ – do Kolombo. Kolombo jest dość dziwnym miastem – pod względem liczby ludności przypomina Warszawę, jednak nie posiada żadnego charakteru metropolii. Część miasta jest przebudowie – burzone są budynki kolonialne, a na ich miejsce stawiane są nowoczesne wieżowce. Może kiedyś będzie to ładne miasto. Najpierw byliśmy w parku koło ratusza, potem zobaczyliśmy dwudziestowieczną świątynię buddyjską stojącą na wodzie (bardzo urokliwa), a na koniec kompletnie zwariowaną świątynię hinduistyczną. Hinduizm nie jest religią dla mnie – z powodu nieznośnego hałasu podczas “mszy” ogłuchłbym za szybko. Wieczorem pożegnalną kolację biuro zafundowało nam w pięciogwiazdkowym bardzo eleganckim hotelu niedaleko lotniska. Po odprawie minęła północ, więc zaczął się

Dzień XVII

Nareszcie po raz kolejny na pokładzie Balkanu! W nocy puścili jeszcze raz ten sam idiotyczny film, więc mogłem się wyspać. Lotnisko w Sofii powitało nas jeszcze większym tłokiem, ale nieco mniejszą duchotą. Niemniej samolot Sofia-Warszawa nas zaskoczył. Takim rupolem nie pamiętam, bym kiedykolwiek leciał. Samolot był na pewno starszy ode mnie. Zamiast zamykanych pojemników na bagaż ręczny, nad naszymi głowami były otwarte półki rodem z naszych starych wagonów PKP. Samolot trzeszczał i skrzypiał podczas lotu tak głośno, że nie było prawie nic słychać, gdy coś mówiono przez głośniki. Najbardziej zabawna była jednak ubikacja. Gdy do niej się wchodziło rozlegał się głośny na cały samolot dzwonek, przypominający dzwonienie tramwaju. Bułki na śniadanie miały chyba z tydzień, a masła do nich nie można się było doprosić (stewardesa powiedziała mi, że i tak nie ma). Na szczęście pilot był dobry i lądowanie na Okęciu odbyło się bez komplikacji. Odetchnąłem z ulgą, gdy stanąłem już na ziemi.

Teraz gdy patrzę na to co nabazgrałem, widzę, że wiele jeszcze fajnych rzeczy nie opisałem. Jeżeli chcecie wiedzieć coś o cejlońskiej kuchni, co jest tuk tuk, dowiedzieć się, jak o mało co pani Z. nie została na Sri Lance, jak wygląda WC na sofijskim lotnisku, co było pierwszą pasją władców Cejlonu (drugą było budowanie dagob), jak smakuje seerfish, poznać historię jednej wariatki na plaży, czy jeszcze coś innego...

– to mailnijcie do mnie.