30-06-2000
Ze Wschodniej wyruszyliśmy we trójkę: ja, Iwona i Agata. Jasnym stało się, że 2 namioty 3-osobowe niesione przeze mnie to – nawet doliczywszy Elę, która dołącza w Przemyślu – stanowczo za dużo. Awaryjny plan “porzucenia” w Polsce jednego
Marabuta wykorzystywał fakt, iż przejeżdżać mieliśmy przez Sandomierz.- Cześć Ada! Dzwonię z Radomia. Mam do ciebie sprawę...
... i wszystko byłoby bez zarzutu, gdyby nie fakt, iż pociąg przyjeżdżał do Sandomierza o 2.22. Toż to środek nocy! Ada powiedziała, że jeśli o tej porze nie będzie spać to wyjedzie na dworzec.
Nie spała. Przekazaliśmy jej jeden namiot. Niezmiernie nam to ulżyło (4 kg nie chodzi piechotą). W zamian poczęstowaliśmy Adę ciastem z jagodami i zaśpiewaliśmy jej piosenkę.
1-07
O piątej rano przesiedliśmy się w Rzeszowie na osobówkę do Przemyśla. W połowie tejże drogi ku naszemu zaskoczeniu dosiadł się Grzesiek Janik. Nie uprzedzał o swoim zamiarze wyjazdu z nami, tym niemniej ucieszyło mnie to. W końcu to o 100% więcej facetów na wyjeździe!
W Prze
myślu nasza wyprawa osiągnęła docelowy skład – dołączyła Ela. Zakupiliśmy hrywny (po 20 na osobę) i po dziewiątej busem (po 2 zł) pojechaliśmy do granicy. Tę przekraczaliśmy pieszo, przy czym podobnie jak wiosną, było to długie i momentami straceńcze. Na granicy wykupuje się obowiązkowe ubezpieczenie. Za pobyt trwający do trzech dni haracz wynosi 12 hrywien lub zamiennie 3 USD (to drożej). Po dwóch godzinach wsiedliśmy w busa z Szegini do Mostisk (za 1 hr). Zrobiła się już 14-sta (zegarki + 1 godz.), a autobus do Lwowa (2,5 hr) mieliśmy dopiero przed 16-stą. Po szóstej wieczorem byliśmy we Lwowie. Do dworca kolejowego musieliśmy jeszcze wziąć taksówkę (po 2 hr/os.)Do naszego pociągu do Czerniowców (14 hr) o 21.40 zostało jeszcze na tyle dużo czasu, że wybraliśmy się na krótki spacer na starówkę. W ekspresowym tempie obejrzeliśmy rynek i jego okolice i już zbieraliśmy się do powrotu, gdy zginęła nam Ela. Doraźne poszukiwania były bezskuteczne, więc wróciliśmy na dworzec we trójkę, licząc na to, że Ela też t
u trafi i, co ważniejsze, jeszcze przed odjazdem pociągu.Ela zdążyła. Niestety tym pociągiem nie dane nam było pojechać. O 21.40 na naszym drugim peronie usłyszałem od zagadniętego konduktora, że nasz pociąg właśnie odjechał z jakiegoś toru 26. za dworcem. Ciężkie słowo padło z mych ust. Ponoć parę razy ogłaszali zmianę peronu, ale pani z rurą (a raczej pani zapowiadająca) nie odstawała zanadto od ideału z filmów Barei (jeśli chodzi o dykcję), przy czym nie mówiła (nie bełkotała) po naszemu.
Kolejny pociąg mieliśmy dwie godziny później, ale zamiana biletów była niemożliwa. Przy okazji na własnej skórze doświadczyliśmy jak bandycko zdzierają tutaj przy zwrocie biletów. Po odjeździe pociągu oddają tylko 30 % ceny. Kolejny pociąg był tańszy, kosztował 12 hr.
Nasze płackarty nie miały numerów miejsc, tylko adnotację: места указывает проводник (miejsca wskazuje konduktor). Było tłoczno i ja i Ela musieliśmy spać na półkach bagażowych.2-07
Po piątej rano znaleźliśmy się w Czerniowcach. Po niespiesznym śniadanku chcieliśmy udać się na dworzec autobusowy, gdy Grzesiek zorientował się, że nie ma paszportu. Podjechałem z nim taksówką na bocznicę kolejową, gdzie nasz pociąg był czyszczony i sprzątany. Na szczęście paszport się znalazł.
Po 10-tej podskoczyliśmy trolej
busem nr 3 na dworzec autobusowy (автовокзал). Stąd po 11-stej odjechaliśmy do pierwszego celu naszej wyprawy – Chocimia (przejazd po 8 hr – coś nie gra – na biletach po 5,29 hr), by o 13-stej znaleźć się na miejscu. Prawie na miejscu, bo do twierdzy (крепость) trzeba było dojść jeszcze ładnych parę kilometrów. Przy tym przeoczyliśmy uliczkę prowadzącą do głównego wejścia i opłotkami, z pomocą dwóch cygańskich chłopaków, dotarliśmy do twierdzy przez wyłom w murze okalającym potężną budowlę. Robi wrażenie! Mimo, że są to tylko ruiny, to zachowały się w dobrym stanie i przekonująco ukazują, jak potężna to była twierdza w czasach swej świetności. Od północnego-wschodu naturalnym “strażnikiem” zamczyska jest rzeka Dniestr (całkiem spora, w tej okolicy porównywalna z Wisłą w Wawie). Cyganie pokazali nam źródło pitnej wody. Zaoferowali oprowadzanie po ruinach. Po odpoczynku Agata, Ela i Grzesiek skorzystali z oferty, ja zaś z Iwoną zostaliśmy przy plecakach. Potem wszyscy wspólnie przyrządziliśmy sobie berbeluszkę na kuchence benzynowej Grześka. Pod koniec naszego pitraszenia, zebrało się na niebie na solidny deszczyk, toteż ewakuowaliśmy się ze wszystkim pod pomost wjazdowy. Stamtąd po pewnym czasie, już w ulewie, przeszliśmy z plecakami do jednego z pomieszczeń pałacowych na zamku. Nad Chocimiem przetaczała się niezła burza. Ja z Iwoną nadrabialiśmy zaległości w przeczesywaniu zakamarków ruin, a reszta siedziała sobie w “pałacu”. Fajnie się chodzi po tutejszych murach, niektóre miejsca są dość malowniczo eksponowane. W dali nad Dnieprem błyskało się.Przyrządziliśmy sobie gluta na epigazie. Wiedzeni ostrzeżeniami naszych przewodników nie zostaliśmy na noc w pałacu (duchy, sex, picie, rock n’ roll). Rozbiliśmy namioty jeszcze w obrębie twierdzy, w pobliżu cerkwi. Moje i Iwony śpiewogranie do późna napotkało na poważny opór sąsiedniego namiotu.
3-07
Nazajutrz zwinęliśmy obóz i zatrzymaliśmy się na śniadanko przy barze zamkowym. Spotkaliśmy trójkę Polaków – chłopaka i dwie dziewczyny. Od słowa do słowa doszliśmy do tego, że chłopak jest z Warszawy, z ... SGH, ale, jak się wyraził, “z drugiej strony” – jest asystentem. Ale zabawnie!
W ramach pożegnania z chocimską twierdzą odwiedziliśmy jeszcze lochy (jaki miły chłodek!), połaziliśmy po murach okalających zamek, pojedliśmy trochę mirabelek i – w drogę. Mżyło. Przy wyjściu (tym oficjalnym) zaczepiła nas babcia z budki z biletami i widokówkami:
- Jak nie kupiliście biletów to kupcie chociaż kartki – zaproponowała. OK, nie ma sprawy!
A propos trafienia tutaj: skręca się z głównej drogi w ulicę Kriepostną
(Крепостная), przy domku nr 18.Do kolejnego celu na naszej trasie – Kamieńca Podolskiego – dotarliśmy autobusem po 18-stej. Po drobnych zakupach na kończących już pracę bazarkach udaliśmy się na poszukiwanie polskiego kościoła. Jest on położony w samym centrum starego Kamieńca. Jak się później okazało, zamiast na piechotkę w deszczu, mogliśmy tam podjechać autobusem miejskim (bodajże “19”). W okolicy kościoła kręciła się większa grupka – polska wycieczka, która uprzednio
zarezerwowała sobie była nocleg u księży. Na szczęście dla nas też się znalazło miejsce: dwa pokoiki do dyspozycji i dostęp do ogólnej kuchni, toalet, pryszniców – nic więcej nie potrzebowaliśmy do pełni szczęścia! Zrzuciwszy plecaki wyruszyliśmy na wieczorne zwiedzanie.Kamieniec Podolski robi wrażenie. Wprawdzie z czasów jego świetności nie zachowało się wiele kamienic, ale to, co zostało, w połączeniu z niesamowitym wręcz położeniem miasta jest godne zobaczenia. Miasto leży na płaskowyżu wydźwigniętym ze stepów, przeciętym w połowie malowniczym kanionem rzeki Smotrycz. Głębokość kanionu dochodzi do 30 metrów. W połączeniu z wieczorną mgiełką snującą się po jego dnie wyglądał ślicznie. Tu muszę jednak przytoczyć pewien zgrzyt w tych pozytywnych wrażeniac
h: biała rzeźba jelenia na urwistym skraju kanionu. Kicz w najczystszej formie. Innym przejawem miejscowego folkloru są kozy (przynajmniej naturalne!) wypasane w centrum, np. przy baszcie zaadoptowanej na restaurację czy w parku.Gdy wracaliśmy, w pobliżu polskiego kościoła czekało na nas jeszcze jedno wrażenie: kopuły cerkwi z przeciwległego brzegu kanionu Smotrycza wyłaniające się z mgły, na tle czerwonoszarego nieba. Widok ten, iście baśniowy, sprawił, że staliśmy jak zaczarowani dłuższy kawałek czasu. I
wona z Elą prztyknęły po parę fotek, ale na pewno nie da się tego oddać na zdjęciu. Cudne!Po późnej berbeluszce i mini-uczcie owocowej poszliśmy spać.
4-07
Przed południem obejrzeliśmy wnętrza polskiego kościoła. Dziwne były jego losy. Z czasów tureckich pozostał przy nim minaret, który po powrocie Kamieńca w polskie ręce zwieńczony został figurą Matki Boskiej (ot ekumenizm!) W czasach radzieckich mieściło się tu muzeum religii i ateizmu. Warto nadmienić, iż jest to najdalej na wschód Europy wysunięty kościół gotycki (w XVIII w. zbarokizowany).
Kolejnym, zarazem głównym punktem zwiedzania miasta była twierdza. Jak wspomniałem Kamieniec jest bardzo malowniczo położony. Otóż jego położenie miało ogromne znaczenie strategiczne: rzeka Smotrycz wycięła w płaskowyżu wyniesiony obszar, do którego dostęp możliwy był tylko poprzez jedną jedyną drogę. Na wyniesionym obszarze powstało miasto, drogi wjazdowej doń broniła twierdza. Do Korony Kamieniec należał od XIV w. Za polskiego panowania stał się jedną z najważniej
szych warowni europejskich (szczególnie w czasach imperium ottomańskiego). Nie do zdobycia. A jednak w roku 1672 Kamieniec przeszedł w ręce Turków (niestety bez walki). W 1699 r. wrócił pod polskie panowanie. W porównaniu z Chocimiem, twierdza kamieniecka nie jest szczytem piękna (ale jest to porównanie z nie-lada zamczyskiem), za to naprawdę ciekawa. W XVII w., w okresie najszybszego rozwoju, Kamieniec cieszył się nawet wsparciem finansowym papieża (w ramach obrony chrześcijańskiej Europy przed Turkami).W
muzeum etnograficznym na terenie zamku mają ciekawą mini-kolekcję kufli.Spotkaliśmy dwóch Polaków. Robili zdjęcia do albumu o zamkach kresowych. Ubolewali, że wydawca (
Wydawnictwo Alfa) narzucił im tzw. zdjęcia czyste, czyli bez ludzi. Opowiadali nam o zdarzeniach, które oni chętnie by uwiecznili, m. in. o ukraińskim pogrzebie, ślubie – ale to byłby już inny album.Fotografowie odkryli w zamkowym bufeciku pewien miejscowy specjał: soczek z wódką. Sprzedawany niczym oranżadka. Na tyle im posmakował, że dla nas już niemal nic nie zostało (wykupili prawie cały zapas).
Po obejrzeniu zamku wstąpiliśmy do pobliskiej knajpki na małe co-nieco. Ja walnąłem sobie ukraińską potrawę narodową – pielmieny. Nie była to oszałamiająca porcja, ale smakowało. Atmosferkę knajpy umilał taper, który za “symboliczną hrywnę” grał, czego dusza zapragnie. Bardzo przyjemnie!
Nie ociągając się postanowiliśmy jeszcze tego dnia opuścić Kamieniec i, bez dalszego ciągu wśród zamków, wyruszyć w góry. Polecano nam jeszcze Zbaraż, ale ten – ze względu na odległość – odpuściliśmy sobie.
Szybko wyskoczyliśmy w okolice awtowakzała, dokonaliśmy obmienu waljuty, sprawdziliśmy pasujące autobusy do Czerniowców i jeszcze szybciej pojechaliśmy po plecaki i z powrotem. Polski ksiądz nawet nie chciał słyszeć o pieniądzach: - Jak będziecie starsi, to zapłacicie!
Niemal w ostatniej chwili dopadliśmy autobus, a raczej bus do Czerniowców, a że był już prawie pełny, potrzeba było specjalnych zabiegów kierowcy w kasie dworcowej, żeby nas jeszcze upchnąć. Co ciekawe, pani w kasie dokładnie wiedziała ile miejsc i w której miejscowości po trasie jest zarezerwowanych (zacofany kraj???) Jednakowoż osobiste zabiegi kierowcy nie były wyłącznie aktem dobroczynności. Nawet nadrobił drogi, żeby podrzucić nas na dworzec
kolejowy, ale na koniec zawinszował sobie dwie dyszki dopłaty (za bilety płaciliśmy po 8 hr na osobę). Udałem wielkie zdumienie przedstawioną kwotą:Po krótkim targu gość dostał dychę. Nie wyszliśmy na tym źle.
Po kupieniu biletów do Kołomyi zdążyliśmy jeszcze wtrząchnąć małą kolację – oczywiście w naszym ulubionym miejscu koło dworca. Grzesiek postanowił, że nie pojedzie z nami w góry (wahał się, czy warto na 1-2 dni), za to wsiadł do tego samego pociągu (do Lwowa), niestety do innego wagonu.
Po zmierzchu, jadąc przez stepy, obserwowaliśmy odległą burzę. Niesamowity widok: bezkresna równina, a w dali ciemne chmury baz przerwy rozświetlane błyskami. Groza i piękno. (To takie romantyczne!... [sic!])
5-07
W Kołomyi zamierzaliśmy dorwać pociąg do Worochty. Po opuszczeniu
pojezda bezskutecznie rozglądaliśmy się za jakimś budynkiem dworcowym. Napotkany człowiek poinformował nas, że takowy wprawdzie istnieje, ale położony jest o 5 km drogi stąd, a tak przy okazji: aktualnie jest remontowany. Bilety można za to kupić w małej budce – wskazał nam jakiś jaśniejszy punkt na końcu “peronu” (tak nazwałem nasze miejsce wysiadki, bynajmniej nie ze względu na jego prawdziwe przeznaczenie). Wtedy z odległego wagonu stojącego jeszcze pociągu usłyszałem wołanie Grześka: - Mirek! Szybko!Gdy podszedłem, Grzesiek powiedział: - Szybko wsiadajcie z powrotem! Stąd jest bardzo mało połączeń, a z Iwanofrankowska macie już o 5-tej rano.
Równie szybko, jak doszliśmy tu, zawróciliśmy. Zdążyliśmy wsiąść. Tym razem już bez miejsc siedzących (ja z Iwoną i tak wcześniej nie korzystaliśmy), po dwóch godzinach dotarliśmy do
Frankiwska (tak go zwą Ukraińcy). Tu ostatecznie pożegnaliśmy się z Grześkiem (jego cenne informacje zawdzięczaliśmy ukraińskiej sieciówce, którą nabył w Czerniowcach i pilnie studiował w czasie jazdy. Szybko okazała się przydatna!)Oczekiwanie na pociąg do Worochty umilało nam dwóch miejscowych podrywaczy, którzy dopadli dziewczyny w chwilę po moim odejściu do kasy. Gdy wróciłem, jeszcze długo robili sobie nadzieje, ale Agatka ostatecznie zbyła fagasów. Chyba samotne trzy turystki (nie mówiąc o jednej) na Ukrainie nie mogłyby się opędzić od amantów.
Bilety na osobówę-westernówę do Worochty kosztowały niecałe 2 hr (taniocha!) W pociągu poznaliśmy grupkę ukraińskich turystów zmierzających w Świdowiec. Byli to studenci medycyny. W czasie drogi zbrataliśmy się z nimi z pomocą mapek (nie byli pewni, gdzie wysiąść, żeby pójść na Bliźnicę) oraz gitary – pośpiewaliśmy swoj
e hiciory, a niektóre utworki Beatlesów nawet wspólnie.Po 7-mej byliśmy w Worochcie i z miejsca zaczęliśmy się rozglądać za transportem w stronę schroniska Zaroślak. Zdobycie takowego okazało się niełatwą sztuką. Busik wożący pracowników schroniska nie zabierał nikogo (nawet jednej ukraińskiej turystki, która też chciała podjechać w tamte okolice), a żaden kursowy autobus nie skręcał w tę czarnohorską drogę. Dodatkowo pojawił się problem zakupów: niezbędny nam chleb dowozili dopiero po dziewiątej – do tej
pory byliśmy uziemieni. Próby zmobilizowania miejscowych samochodów, bądź łapania “stopa” też nie stwarzały perspektywy sprawnego dostania się w góry. Za to napatoczył się gość z ładą. Pierwszy kurs wykonał wprawdzie bez nas, ale, jako że za pieniądze można wszystko, zjawił się po raz drugi i podrzucił nas z plecakami i gitarami (okrutnie stłoczonych) do szlabanu na zaroślackiej drodze. Po 5 hr od osoby – zupełnie przyzwoicie. Za to na szlabanie zostaliśmy skoszeni jeszcze na 1 dolca na łeb za wstęp do parku narodowego (taryfa dla innostranców).Była piękna pogoda i co pewien czas ukazywała się nam w pełni swojej świetności Howerla. Szliśmy wzdłuż Prutu drogą na Zaroślak, z zamiarem odbicia od niej na Połoninę Maryszewską. Wcześniej jednak walnęliśmy się na planową drzemkę, by odespać ostatnią noc. Ja, przed polegnięciem na polance, wyruszyłem na półtoragodzinny rekonesans i, odnalazłszy dróżkę zbaczającą za mostem na Prucie w stronę Maryszewskiej, zawróciłem.
Z drzemki poderwał nas popołudniowy deszcz. Schroniliśmy się pod wiatą turystyczną i wtrząchnęliśmy kanapki. Deszcz ustał, ale my nie mieliśmy ochoty daleko iść z naszymi ciężkimi plecakami. Postawiliśmy obóz za odbiciem ścieżki na Maryszewską. Dalej robiło się stromo, z małymi szansami znalezienia dogod
nego miejsca do rozbicia namiotu. Tak, tak – teraz już tylko jednego namiotu: “trójki” dla czterech osób (Marabut Gwinea jest całkiem pojemny). Upitrasiliśmy wieczorną berbeluszkę, poplumkaliśmy na gitarach, a na deser ja z Iwoną pooglądaliśmy znów bezchmurne gwiaździste niebo.6-07
W drogę ruszyliśmy przed południem. Jest jednak jeszcze parę płaskich miejsc przed Maryszewską, nawet z potoczkiem “pod ręką”.
Zaczęło się strome podejście, a zza coraz rzadszych drzew ukazał nam się w całej okazałości główny grzbiet Czarnohory. Po ok. 2 godzinach zdobywaliśmy już szczyt Wielkiej Maryszewskiej. Ostatnie pół godzinki szło się po bardzo ładnej połonince grzbietowej, ale mocno wiało. Na Wielkiej, tuż obok słupka oznaczającego
pik polegliśmy w prostokątnym zagłębieniu w ziemi – niezła osłona przed wiatrem. Po ponadgodzinnym odpoczynku ruszyliśmy w dół. Naszym celem było dotarcie do głównego grzbietu, czekało nas więc zejście do doliny i na powrót łojenie w górę. Ale nim na dobre zabraliśmy się za realizację tegoż planu, Czarnohora pokazała pazur: przy zejściu z Maryszewskiej na południowy wschód władowaliśmy się prosto w dwumetrową kosówkę. Po kilkudziesięciu metrach wciąż nie było śladu po żadnej ścieżce, a my coraz częściej odczuwaliśmy trudy tej iście sajgońskiej przeprawy. Raz po raz ktoś lądował w dziwnej pozycji między splecionymi sprężystymi gałęziami (np. do góry nogami). Mnie i Iwonie gitary przyczepione z tyłu plecaków dodatkowo ograniczały pole manewru.Wyciągnąłem maczetę. Zrzuciliśmy plecaki na postój, a ja w tym czasie przerąbywałem naszą dalszą trasę. Nie sądziłem, że maczeta tak bardzo się przyda! Wyciąłem kilkadziesiąt metrów i zmieniła mnie Agata – i tak krok po kroku wydostaliśmy się z “pułapki”. Te zaledwie 300 metrów (a może nawet mniej) drogi w d
ół pokonywaliśmy przez dwie godziny. Wreszcie znaleźliśmy się w wysokim lesie. Pokiereszowani przez kosówkę, ale szczęśliwi – wygraliśmy!! Teraz po małym postoju na kanapki szliśmy dnem małej doliny (przynajmniej tak nam się wydawało) na zachód. Prowadziła tędy wyraźna ścieżka. Owa ścieżka po godzinie zawiodła nas do chaty. To była chata pod Maryszewską. Normalną drogą ze szczytu doszlibyśmy tutaj w ciągu pół godziny ...Chatka jest urocza. Ma trzy izby z miejscami do leżenia (podwyższenie z desek na wysokości kolan) oraz jedną kuchenną z paleniskiem. Jest na tyle urocza, że po krótkim odpoczynku nie chciało nam się ruszać dalej. Wtedy zaczął kropić deszcz i rozproszył nasze wątpliwości. Zostajemy dłużej. Jeszcze trochę – i nasze wątpliwości prysły zupełnie:
zostajemy tu na noc!W rozstrzelanej chacie
Rozpaliłem ogień,
Z rozwalonych pieców
Pieśni wyniosłem węgle
Naciągnąłem na drzazgi gontów
Błękitną płachtę nieba,
Będę malował od nowa
Wioskę w dolinie
Święty Mikołaju,
Opowiedz, jak to było,
Jakie pieśni śpiewano,
Gdzie się pasły konie...
... gitara i śpiew zamilkły w chacie na chwilę i wtedy dobiegły nas słowa Eli: - chodźcie zobaczyć konie!
Na polanie obok chaty pasło się stado koni. Skąd się wzięły – tu na odludziu, niemal w środku niezamieszkanych gór? To było dla nas niepojęte i równie tajemnicze jak moment ich przybycia (niechybnie magiczna moc piosenki!). Zachwycający widok! Konie niczym nie speszone przechodziły spokojnie obok chaty poskubując trawę. Ela i Iwona wyprztykały na tę okoliczność sporo
zdjęć.Postanowiliśmy ugotować berbeluszkę, w tym celu ja udałem się do lasu po drewno. Kiedy wróciłem z naręczem chrustu, w chacie oprócz dziewczyn było dwóch Ukraińców (cholera! Znowu, kiedy opuściłem na chwilę dziewczyny, zjawiają się jacyś obcy faceci. – pomyślałem wchodząc). Okazało się, że panowie również zamierzają spędzić tu nockę (szkoda, nie będziemy sami), zarazem poinformowali nas, że to nie jest chata dla turystów. Nie zachwyciło nas to, na szczęście panowie nie egzekwowali rzekomego zakazu k
orzystania z tego przybytku (po jaką cholerę zrobiono tu tyle miejsc do spania?!). Nasi współnoclegowicze wzięli się za palenisko na “ruski” sposób. Przynieśli kawał ściętego drzewa i po obcięciu gałęzi w całości włożyli je do ognia - a co się będą szczypać! Efektem był naprawdę spory ogień. Proponowali nam “po 50 gram”, ale wykręciliśmy się koniecznością wczesnego wstawania rano.7-07
Wyszliśmy po dziewiątej. Do Jeziora Niesamowitego postanowiliśmy dotrzeć możliwie krótką drogą, co znów napytało nam dodatkowych atrakcji. Tracąc wysokość znaleźliśmy się w wysokim lesie obfitującym w jary strumyków, zwalone drzewa i podmokłe tereny. Po wyczerpującym zejściu trafiliśmy na ścieżkę wiodącą na główny grzbiet Czarnohory. W czasie naszego odpoczynku mijało nas dw
óch ukraińskich przewodników z grupą dzieciarni. Pytali czy mamy bilety i czy wiemy, że w parku narodowym nie można rozbijać namiotów (- ależ tak, naturalnie! Jeszcze dziś wrócimy pod Maryszewską... – bajerowaliśmy). Teraz rozpoczęło się podchodzenie umiarkowanie stromą ścieżką. Przy bardzo ładnej pogodzie ukazywały nam się coraz bardziej malownicze widoczki – Kozły, Szpyci są szczególnie efektowne. Gdy zatrzymaliśmy się na dłuższy odpoczynek, minęła nas wracająca znad Niesamowitego dzieciarnia. Przewodnicy przyglądali się naszej grupie, aż jeden z nich nie wytrzymał: - Tiebie nie za bohato – tri diwczatka? – spytał mnie ze śmiechem. Odpowiedziałem mu, że to w sam raz.Jak się okazało, z miejsca naszego godzinnego odpoczynku do Jeziora Niesamowitego mieliśmy zaledwie kilkaset metrów drogi, prawie płaskiej (od dołu wyglądało na znacznie więcej). Nad jeziorkiem istny piknik. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby miejscowi turyści mieli trochę więcej szacunku dla gór. Niestety – wycinają kosówkę na ognisko i śmiecą
na potęgę. A taki piękny zakątek.Ja zostałem z plecakami i “japońskimi krosswordami” nad jeziorkiem, a tri diwczatka wyruszyły na lekko głównym grzbietem na podbój Popa Iwana – charakterystyczny szczyt z ruinami po przedwojennym obserwatorium astronomiczn
o-meteorologicznym.Moje szacunki odległości do Popa okazały się jednak zaniżone i sześć godzin, jakie dziewczyny poświęciły na swoją wycieczkę okazało się niewystarczające. Zawróciły, gdy do celu brakowało jeszcze ok. 1 godziny drogi.
Na noc rozbiliśmy się wśród kosówki nad Nesamowytym Ozerem. Jest to surowo zabronione, jednak oprócz nas w pobliżu jeziorka rozbiły się też trzy inne grupki. To byli Ukraińcy, a jedna z grup miała też w swoim składzie Niemców. Oni dysponowali niezłym sprzętem, m. in. mieli n
amiot tunelowy, nietypowe w kształcie kociołki-termosy. Zgodzili się, żebyśmy skorzystali z ich paleniska, przynosząc własne drewno (rzecz jasna - tylko suche konary kosówki). Przy rozdmuchiwaniu ognia pod kociołkiem przypomniałem sobie uralski patent: świetnie do tego celu nadaje się wieczko od plastikowego pudełka. Jest wprost niezastąpione.Wieczorem poplumkaliśmy z Iwoną w namiocie.
8-07
Poranny deszcz nie zachęcał do opuszczania namiotu, ale gdy tylko bębnienie kropel o tropik ucichło, zwinęliśmy obóz. Dziś chcemy przejść po głównym grzbiecie do jego północno-zachodniego zakończenia – Howerli. Gdy podchodziliśmy pod pierwszy szczyt – Turkuł, zatrzymał nas starszy facet, pasterz z miejscowości Łuhy (przy granicy z Rumunią). Pytał, czy mamy jakieś med
ykmenty od bólu brzucha (боль живота). Agata wyszukała coś dla niego.Szliśmy wolno, bo kolano Agaty niepokojąco dawało się jej we znaki. Na szczycie Turkuła zatrzymaliśmy się by obejrzeć wspaniałą panoramę głównego grzbietu, zwieńczonego w jednym końcu Howerlą – najwyższym szczytem, a w drugim – Popem Iwanem. Niespodziewanie na południowym zachodzie niebo ściemniło się, zarysy dalekich gór przysłoniła zamglona ściana wody. Szybko zbliżała się do nas. Pojawiła się też druga atrakcja, burza. Nagi grzbiet cza
nohorski nie daje żadnego schronienia, jednak zejście ze szczytu było nieodzowne. Burza z deszczem bardzo szybko dotarła do grzbietu, ale przetoczyła się przezeń ok. 200-300 metrów od nas. Mogliśmy ruszać dalej.Przez Dancerza, podnóże Pożyżewskiej i przez Breskuł dotarliśmy po dwóch godzinach na Howerlę – najwyższą górę Ukrainy (2058 mnpm). Zdobywanie samej Howerli zajęło nam niecałą godzinę. Wreszcie stanęliśmy na szczycie. Tam natknęliśmy się na większą ilość turystów, niekoniecznie na takowych wyglądają
cych. Była np. pani w szpilkach (ona naprawdę istniała!). Ze schroniska Zaroślak prowadzi na Howerlę najkrótsza, lecz niekoniecznie najłatwiejsza droga i po niej właśnie dostają się tutaj największe zastępy turystów (raczej pseudoturystów).Nie za długo zabawiliśmy na rozległym wierzchołku. Czaderska panorama, ale wiatr też niczego sobie. Schowaliśmy się przed nim na zboczu góry i zrobiliśmy sobie małe co-nieco do jedzonka oraz piciu na epigazie. Na deser wtrząchnęliśmy mleko zagęszczone słodzone. Mocno sło
dzone!Po drugiej opuściliśmy Howerlę, kierując się w stronę malowniczej Połoniny Harmanieskiej. Przy pięknej popołudniowej pogodzie raźno szliśmy wspominając ulubione wierszyki i bajeczki z dzieciństwa. Na nocleg rozbiliśmy się na Harmanieskiej, w miejscu z widokiem na bacówki owczarzy. Wieczorem obserwowaliśmy spęd owiec z pastwisk górskich. Wcześniej Iwona z Agatą poszły do bacówki kupić trochę mleka. Mieli tylko krowie, ale zupełnie w porządku.
W porównaniu z poprzednim noclegiem było znacznie cieplej, do tego dosyć wyboiście (kępy trawy).
9-07
Już ostatni dzień. Dość opornie zwijaliśmy obóz i wyruszyliśmy dopiero przed jedenastą. Przetrawersowaliśmy podnóże Pietrosa, potem schodziliśmy pod Pietrosulem. Omijając tereny źródliskowe potoku Łazestina znów spotkaliśmy dzikie konie. Tym razem widok był jeszcze bardziej niesamowity i tajemniczy – cały czas otaczała nas mgła.
Rozpadał się deszcz. Schroniliśmy się do szałasu, który miał otwór w dachu nad paleniskiem. Gdy dotarliśmy do płaskiej drogi wzdłuż potoku Łopuszanka, rozpoznałem charakterystyczne miejsce, gdzie podczas wyprawy przed dwoma laty nocowaliśmy (koło gajówki). Tam, na roztaju dróg stało dwóch starszych facetów i chłopiec. Jeden z nich grał na jakimś fleciku. Wróciliśmy się do nich i zagadnęliś
my. Powiedzieli, że to na czym grają (2 sztuki) to sopiłki. Były nietypowe, bez gwizdka, wykonane zaś z ... rurki od namiotu. Panowie zagrali nam kilka popisowych numerków, w tym, na nasze życzenie, Werchowynę. Bardzo fajnie! Po chwili wrócił z gajówki chłopak, który uprzednio udał się był tamże na dyskretny znak starszego. Niósł chleb z domowego wypieku, pokrojoną słoninę i – nietrudno zgadnąć – samogon. Nawet dziewczyny nie wykręciły się od “50 gram”. Na koniec miłego spotkania zostaliśmy obdarowani namiotową sopiłką. W zamian sprezentowaliśmy paczkę malborasów (zabranych z Polski specjalnie na takie okazje). Dorwaliśmy się do instrumentu, ale dźwięku zeń wydobyć - ni cholery nie mogliśmy. Wychodziło nam tylko dmuchanie przez rurkę. Jednak w drodze do Jasini coś osiągnęliśmy. Sopiłka się odezwała, ale do gry jeszcze nam daleko.Pod wieczór w Jasini zatrzymaliśmy się na przystanku autobusowym. Ja z Elą wybraliśmy się na oddalony od centrum wsi dworzec kolejowy, by kupić bilety. Do przemarzniętych dziewczyn wróciliśmy dopiero po dwóch godzinach. Wstąpiliśmy wszyscy do restauracji naprzeciwko przystanku na herbatkę i ciastka. Akurat wyłączyli prąd, toteż w oddzielonej zasłonką kabinie siedzieliśmy przy świecach. Ależ romantycznie! (sic
!)Przed północą musieliśmy opuścić lokal, toteż udaliśmy się na dworzec (dworzec to za dużo powiedziane, raczej budynek z kasą i poczekalnią, bez światła).
Bezpośredni pociąg do Lwowa zabrał nas po drugiej w nocy. Ja, biegnąc do naszego wagonu, szpetnie się wywaliłem. Na szczęście skończyło się tylko na mocnym stłuczeniu kolana.
Następnego dnia koło południa byliśmy we Lwowie. Ela chciała od razu wracać do Polski, reszta z nas wolała jeszcze trochę poszlajać się po mieście. Nasze wahania podzieliły grupę: Ela pojechała PKS-em do Przemyśla, a ja, Iwona i Agata – pociągiem do Mostisk, zaś stamtąd busem do granicy w Szegini. Tu czekała nas niemiła niespodzianka: przejście dla pieszych było już zamknięte (czynne tylko do 18-stej). Zmuszeni byliśmy poszukać sobie “stopa” przez granicę. W
sznurze samochodów czekających na odprawę co krok jakiś Ukrainiec oferował przewiezienie, ale każdy z nich chciał za to jakichś ciężkich pieniędzy, nie mniej niż 15 dolców od osoby. Na szczęście trafił się stary mercedes z polską rejestracją. Facet po chwili wahania zgodził się.Do późna w nocy czekaliśmy na odprawę. Zdążyliśmy w międzyczasie wtrząchnąć arbuza (w biegu wskakując do ruszającej kolejki). Kierowca mercedesa i jego pasażer–Ukrainiec dużo rozmawiali o celnikach i odprawie – wynikało z tego, że często tędy przejeżdżają i bynajmniej nie w odwiedziny do cioci.
Kierowca zgodził się nas podrzucić na przemyski dworzec kolejowy. Małe pitraszenie w holu dworcowym i nad ranem – do domciu.
КОНЕЦ