Marek Rocki. Rektor-elekt SGH


Życiorys
Dorobek
Program
Ekipa
Media
Zdjęcia

Media

MAGIEL - Miesięcznik Studentów SGH
Numer 3, Luty 1996

Wszystko, czego nie wiecie, a boicie się zapytać, czyli nasi wykładowcy "od kuchni":
W jakie klocki gra Pan Rocki?

Dane osobiste:
data i miejsce urodzenia: 14 maja 1953 rok (Byk), Warszawa
rodzina: żona, córka (15 lat)
samochód: Ford Escort Plus (trzyletni)
mieszkanie: 130 m2 w kamienicy (1902 rok) dzielone z teściami
ulubiony kolor: brak specjalnych preferencji
ulubiony alkohol: Jack Daniels, wina (od wytrawnych do słodkich)
ulubiony kolor włosów i oczu u kobiet: ideał - ciemnooka blondynka (żona)
ulubiony zespół muzyczny: The Beatles (w kolekcji cała dyskografia zespołu)
gazeta codzienna: Rzeczpospolita i Życie Warszawy plus gazety prawicowe
nałogi: szybka jazda samochodem (stłuczki - raz na jakiś czas)
sport: kiedyś - pływanie (zawodnik Legii Warszawa), obecnie piłka nożna przed telewizorem
ulubione miejsce odpoczynku: działka pod Wyszkowem i samochód podczas szybkiej jazdy
ulubiona książka: kryminały Agathy Christie oraz "Teoria Ekonometrii" A. S. Goldbergera
ulubiony film: "Doktor Żywago", "Hair" oraz "Forrest Gump"
wojsko: 1 rok, stopień - podporucznik rezerwy
rzecz, którą zabrałbym na bezludną wyspę: scyzoryk

Piotr Helbich, Jacek Polkowski: Pełni Pan funkcję Prorektora ds. Zarządzania. Czy łatwo jest zarządzać taką firmą, jak SGH?

Prorektor ds. Zarządzania, prof. Marek Rocki: Musimy wyjaśnić pewne nieporozumienie - Prorektor ds. Zarządzania nie zarządza Szkołą. Zadanie to należy do Dyrektora Administracyjnego. Moja rola polega na tym, że są pewne dziedziny związane z działaniem Szkoły, którymi z natury rzeczy nie może zajmować się Dyrektor Administracyjny, np. rozdział sal pomiędzy rodzaje zajęć, czy zarządzanie od strony dydaktycznej. Do jego obowiązków natomiast należy zarządzanie "infrastrukturą". Ja zajmuję się więc tą stroną akademicką.

Od razu nasuwa się pytanie - co z językami? Dlaczego studenci dostając się na studia nie mają żadnej możliwości "manewrowania"? Mamy na myśli wybór języków innych niż te, które zdawało się na egzaminach wstępnych.

Ranga Szkoły opiera się między innymi na wysokim poziomie języków, których nauczamy. Założenie jest takie: uczymy języka fachowego, a więc nie "od zera" - muszą to być "języki kontynuowane". Drugi argument, bardziej bolesny, to fakt, iż - na 2700 kandydatów zdających do nas w zeszłym roku - 800 zdawało angielski. W przypadku, gdyby wszyscy się dostali, powstałby problem tego typu, iż nie mamy odpowiedniej ilości lektorów do wykładania języka angielskiego i co więcej - brak nam pieniędzy, aby ściągnąć potrzebną kadrę "z miasta". Nie będziemy przecież zatrudniać magistrów po anglistyce do wykładania języka biznesu. Jak więc widać, musi istnieć jakiś przymus.
A jeżeli chodzi o stronę finansową, to zawsze lansuję pogląd, iż nie ma studiów bezpłatnych: są studia finansowane z kieszeni podatników albo wprost przez studentów w postaci czesnego. Szkoły, które są finansowane przez podatników, są bardzo ubogie i tylko za te stawki, które budżet jest w stanie zaoferować na przykład anglistom, mało kto chce u nas pracować.

Nie ma więc takiej możliwości, aby zatrudniać lektorów za fundusze wypracowane przez Szkołę?

Rynek jest zbyt wąski.

Czyli rozeszli się po innych szkołach, gdzie lepiej płacą.

My płacimy stawki porównywalne, jeżeli nie wyższe a do tego dochodzi przecież ranga Uczelni. Jeżeli lektor posiada legitymację SGH to może znaleźć dodatkową, atrakcyjną pracę w jakiejś innej szkole prywatnej. Nie wiem czy - pracując tylko w prywatnej szkole - nauczyciel języka ma szansę dorobić np. w ministerstwie.

Czy lektoraty muszą być obowiązkowe?

Jeżeli stawiamy warunek, że: "aby uzyskać dyplom Szkoły Głównej Handlowej trzeba..." i tu wymieniamy zaliczenie egzaminu z języka równoważnego egzaminowi państwowemu, to w tym sensie lektorat jest obowiązkowy. Każda jednostka uczelniana, prowadząca dany przedmiot, ustala własne kryteria dotyczące obecności na zajęciach oraz warunków ich zaliczania, czyli np.: jeżeli ktoś z ekonometrii ogłasza, że obecność na ćwiczeniach jest obowiązkowa, to tak musi być. To samo dotyczy lektoratów.

Czyli: jeżeli ktoś umówi się z lektorem...

Nie - chodzi tu o zasady wprowadzone przez "jednostkę", czyli w tym przypadku przez Centrum Nauki Języków Obcych.

Poruszając wątek bardziej osobisty - czy przydaje się Panu w obecnej pracy zawodowej wiedza zdobyta podczas studiów? Mamy na myśli ekonometrię.

Tak. Ekonometryk to jest taki ktoś, kto ma podejście ilościowe do wszystkich zagadnień, które próbuje rozwiązywać. Takie podejście do spraw zawsze zapewnia rozwiązanie problemu, a przynajmniej zbliżenie się do optymalnego rozwiązania. Dowodem na moją teorię może być fakt, iż w każdej akademii ekonomicznej któryś z prorektorów czy nawet sam rektor jest ekonometrykiem.

Czy w którejś z tych akademii ekonomicznych przeprowadzono reformę podobną do naszej?

Jest coś takiego jak Studium Podstawowe, ale potem studenci rozchodzą się na wydziały. Tak jest np.: w Poznaniu i w Krakowie.

Współpraca czy konkurencja - jak by Pan opisał nasze stosunki z innymi akademiami ekonomicznymi?

Raczej współpraca. Konkurencji nie ma, ponieważ pracujemy na różnych, odległych rynkach. Natomiast kontaktujemy się tak często, jak to jest tylko możliwe. Jest coś takiego, jak Kolegium Rektorów Szkół Ekonomicznych...

Jak jesteśmy traktowani w tym gronie - wielki moloch, monopolista, Warszawa...?

Ja nie potrafię powiedzieć, w jaki sposób oni wypowiadają się o nas podczas naszej nieobecności. Obecnie Przewodniczącym tego Kolegium nie jest Rektor SGH, a Rektor Akademii Ekonomicznej w Krakowie - może to o czymś świadczy...

Powracając do spraw zarządzania - dlaczego - będąc największą Uczelnią ekonomiczną w kraju - jesteśmy w ten sposób traktowani przez rząd, gdzie mamy podobno "swoich ludzi"?

Macie pewnie na myśli Fundusz Pomocy Materialnej - może właśnie dlatego, że w rządzie są nasi ludzie, to niezręcznie jest im załatwiać sprawy swojej Uczelni. Patrzono by na nich podejrzliwie.

Czy Szkoła jest firmą, która przynosi zyski?

Nie. Z definicji nie może ona przynosić żadnych zysków.

A praktycznie?

Praktycznie też nie. Jesteśmy firmą, która jest wypłacalna, a nie taką, która przynosi zyski.

Czy to jest tak, że Szkoła ma jakiś zysk i musi go wydać?

Nie. Szkoła nie ma prawa mieć zysku i nie ma. Szkoła ma wpływy, które pochodzą z pobierania opłat za zajęcia dydaktyczne. Zgodnie z przepisami i z kalkulacjami te wpływy są równe kosztom.

Czyli nieprawdziwe są plotki, że SGH ma 25 mld zysku?

Oczywiście, że nieprawdziwe. Taką nadwyżkę mieliśmy dwa lata temu i dzięki niej mogliśmy wreszcie ruszyć z remontami. Przy czym chciałem zauważyć, iż były to zyski nie z zajęć dydaktycznych, lecz z operacji na kontach - lokaty krótkoterminowe. Ważne jest przy tym to, że nie wolno lokować pieniędzy, które przychodzą z budżetu. Robimy to tylko ze środkami uzyskanymi np.: z wynajmu sal - ogólnie z działalności gospodarczej Szkoły.

Prywatyzacja Szkoły - co Pan sądzi na ten temat? Czy jesteśmy przygotowani na taki proces?

Nie, nie jesteśmy przygotowani, ale jest to temat na trochę dłuższą dyskusję dotyczącą ogólnej sytuacji ekonomicznej naszego kraju i naszych potencjalnych klientów. Prywatyzacja jest zbyt ogólnym hasłem - to, tak jak w tym referendum, w którym nie wiadomo do końca o co chodzi. Kto miałby być właścicielem Uczelni? Kto miałby płacić za studia - czy studenci płaciliby z własnej kieszeni, czy zastosowało by pomysł pana Korwina-Mikke na wprowadzenie bonów edukacyjnych, czy też może rząd nadal finansowałby Szkołę z budżetu w takiej kwocie jaką mamy teraz? To są wszystko pytania, na które dzisiaj nie ma odpowiedzi i na które my sami nie możemy sobie od razu odpowiedzieć. Musimy przecież pamiętać o tych dwunastu tysiącach studentów, którzy w tej chwili uczą się w naszej Szkole. Co się z nimi stanie? Jak ich traktować? Można opracować model idealnej szkoły prywatnej, ale to nie na tym polega. Pojawiłoby się automatycznie pytanie, czy robimy szkołę prywatną obok, czy może stopniowo... To nie jest takie proste.

Nie ma więc sposobu na "rozluźnienie więzów pętających ręce" Szkole w dziedzinie np.: dysponowania funduszami.

Ustawa o Szkolnictwie Wyższym reguluje te wszystkie kwestie i prywatyzacja byłaby jedyną możliwością ich poluźnienia. Mamy np.: limit funduszu płac. Dostajemy dotację, a oprócz tego limit funduszu płac i to nas ogranicza. Wszystkie pieniądze, które dostajemy z ministerstwa, a które są przeznaczone na pensje, na ogrzewanie, na telefony oraz na wszystko inne, są wydawane w "110" procentach tylko na pensje. Lukę pokrywamy ze wspomnianych wcześniej wpływów za wynajem sal, czy za opłaty za studia zaoczne - ogólnie ze środków pozabudżetowych.

Ustawa o Szkole Głównej Handlowej nie wchodzi w grę?

Nie przypuszczam, żeby Sejm chciał się zajmować czymś takim. Trwałoby to z resztą kilka lat. Mamy poza tym za mało posłów...

Mamy przed sobą indeks Pana Rektora...

Raz byłem skreślony z listy studentów i to na pierwszym roku za niewykonanie badań dentystycznych... (śmiech). Kończyłem Wydział Finansów i Statystyki na naszej Uczelni.

[dalej przeglądamy indeks]... No, musimy niestety powiedzieć...

Orłem to ja nie byłem...

A jakie były powody? Odraza do niektórych przedmiotów, kobieta gdzieś u boku...

Ta kobieta, z którą jestem teraz była, już wtedy, więc rzeczywiście byłem zajęty. Poznaliśmy się jeszcze w wieku licealnym, w górach w Zakopanem.

Analiza matematyczna - dostateczny... To jest trochę zaskakujące - ekonometria i ta analiza są chyba dosyć blisko siebie.

Jako podstawa, to tak. W ogóle to ja w tej Szkole znalazłem się przez przypadek. Zdawałem na Akademię Sztuk Pięknych, ale się nie powiodło, no i żeby nie pójść do wojska musiałem się gdzieś dostać.

Była jakaś dwója w indeksie?

Była - z Ekonomiki Obrony u prof. Mullera.

Czy zasłużona?

Absolutnie nie! Wszyscy ściągali. Ja akurat nie byłem złapany i nie wiem, czy prof. Müller stawiał dwóję co drugiemu... (śmiech).

Życie studenckie...

Ponieważ nie mieszkałem w akademiku, to moje doświadczenia w tym względzie nie były zbyt duże. Integrowaliśmy się raczej tylko na wyjazdach.

Jaki system ściągania Pan preferował?

Miałem taki stały system - na arkuszu papieru podaniowego pisałem cienkim ołówkiem wzory, co do których miałem jakieś wątpliwości. Teraz zmieniliśmy warunki - na egzaminach z ekonometrii można korzystać ze wszystkiego. Układamy natomiast takie zadania, żeby to niewiele pomagało.

No to pięknie!!! Pewno zadania są bardzo trudne.

Nie, nie są trudne. Są inne. Podajemy np.: reszty z modelu ekonometrycznego i zadanie jest w stylu: "Policz, co się da policzyć"

Jakaś kolizja jednak się pojawia - gdy widzi Pan na przykład studenta ściągającego od sąsiada, to co wtedy?

Muszę przyznać, że z tym jest coraz lepiej - jesteście coraz bardziej ambitni i skoncentrowani na tym, żeby rozwiązać zadanie, a nie ściągnąć.

Zainteresowania Pana Rektora...

Bardzo rzadko nie pracuję. Gdy mam trochę wolnego czasu i nie zabieram ze sobą komputera, to pracuję przy drewnianym domu, który postawiłem na działce.

Czy chciałby Pan cofnąć czas i zrobić coś w życiu inaczej?

Nie jest tak, żebym nie lubił tego, co robię. Choć kiedyś marzyłem na przykład, żeby zostać kustoszem w muzeum na Zamku Niedzickim nad Dunajcem.

Chyba pasowałby Pan nawet wizualnie do takiego zajęcia - w takim powyciąganym swetrze...

Dokładnie! A swoją drogą to mam takie zdjęcie z żoną, gdy jedziemy do ślubu wojskowym Willisem, co prawda pomalowanym na pomarańczowo, ale zawsze...

I żona zgodziła się tak bez oporów?!

To był wspólny pomysł - takie to były czasy studenckie!

Jakiś uniwersalny sposób na bezbolesne zaliczenie ekonometrii u Pana Profesora?

Bezbolesny? Nie ma takiego. Trzeba się po prostu popisać wiedzą.

Czyli złapaliśmy Pana na tym, że ekonometria "boli".

Tak, zgoda. Ci, którzy mają wstręt do liczb, nie powinni być ekonomistami. Ekonomista "opisowy" nie jest ekonomistą. Wszyscy nobliści z dziedziny ekonomii byli ekonometrykami, albo przynajmniej "robili" w tej dziedzinie.

Kolejne pytania nurtujące studentów - co z pomieszczeniami dla organizacji, z Internetem i komputerami, czyli ogólnie "Szkoła dla studentów, czy studenci dla Szkoły"?

Pokażcie szkołę, w której jest 2000 kont osobistych na Internecie, w której komputery stoją na korytarzach do użytku dla wszystkich, a kolejne będą wystawione już niedługo... Jeżeli chodzi o pomieszczenia, to w takiej sytuacji ja mogę zapytać, co mają powiedzieć niektóre katedry, które zostały powołane przez Senat, a również nie mają pomieszczeń? Co mają powiedzieć młodzi ludzie, którzy nie dostali się do naszej Szkoły z powodu braku sal wykładowych? Rozwiązaniem dla organizacji powinno być wspólne dzielenie istniejących już pomieszczeń. Mój Zakład Ekonometrii Stosowanej dzieli pomieszczenie z Zakładem Statystyki - razem ok. 20 osób na 4 biurka. Na jednego pracownika nie przypada nawet pół szuflady! Po prostu bez nowego budynku sprawa jest nie do rozwiązania...

Czy nie uważa Pan zatem, że pieniądze wydane na obchody z okazji 90-lecia Szkoły powinny pójść na dofinansowanie infrastruktury Szkoły?

Tutaj obowiązują nas umowy ze sponsorami, którzy przeznaczają konkretne pieniądze na konkretny cel - nie na inwestycje. Poza tym należy pamiętać, że pieniądze te będą wydane z pożytkiem dla nas - nie można przecież zaniedbywać promowania naszej Uczelni na coraz bardziej przecież konkurencyjnym rynku.

Dziękujemy serdecznie za wywiad i życzymy Panu sukcesów w pracy zawodowej.

Dziękuję bardzo.