<<< Powrót do spisu numeru

Dryfowanie

Dryfowanie nie zawsze jest złą strategią. Pytanie jednak w jakim kierunku się płynie? Na przełomie lat 80 -tych i 90- tych w SGH przeprowadzono bardzo głęboką i dramatyczną reformę instytucjonalną i organizacyjną. Od tego momentu procesy przemian w Szkole mają już jednak charakter żywiołowy i są słabo kontrolowane.

Pracownicy naukowi Szkoły dorabiali zawsze. Od 1990 roku zjawisko to przybrało nie notowane wcześniej rozmiary. Niemal wszyscy pracują gdzieś poza Uczelnią, z czego wielu, w bardzo dużym stopniu, zaangażowanych jest w praktyce gospodarczej. Oczywiście, wieloetatowość nie dotyczy tylko SGH, ale trzeba powiedzieć, że niewiele uczelni może zaoferować taką podaż kadr, która niemal w całości jest poszukiwana przez rynek. Pracownicy SGH w pełni z tej szansy korzystają, a ich dochody uzyskiwane z pracy poza SGH są wielokrotnie wyższe niż oferowane przez rodzimą Uczelnię. SGH nie ma większego wpływu na wysoką atrakcyjność zewnętrznego rynku pracy jak i poziom płac w samej Uczelni.

Czy praca poza SGH jest zjawiskiem korzystnym? Są dwie strony tego zagadnienia. Po pierwsze, nauczyciele działając w praktyce gospodarczej są generalnie znakomicie zorientowani w jej potrzebach. Są również bardzo dobrze przygotowani do rozwiązywania problemów praktycznych, śledzą postępujące zmiany i wydarzenia na niwie legislacyjnej, ekonomicznej i finansowej. Oznacza to, że w swej dydaktyce potrafią dostarczyć studentom niezbędnej wiedzy i zaprezentować umiejętności istotne dla działalności aplikacyjnej. Wskazując te fakty, jak widać, nie podzielam, wyrażanych tu i ówdzie opinii, że nauczyciele naszej Szkoły są źle przygotowani do zadań dydaktycznych i reprezentują mierny poziom. Nie wszyscy są zapewne świetni, ale generalnie nie dostrzegam tu większego zagrożenia.

Jest jednak i druga strona tego medalu. W naszej Uczelni zanika działalność badawcza w dziedzinie teoretycznej. Formalnie badania naukowe są realizowane, sprawozdania są sporządzane, a sytuacja pozornie jest zadowalająca. Analiza publikowanych prac wskazuje jednak, że udział prac teoretycznych jest znikomo mały. Niemal całość dorobku naukowego Szkoły to prace aplikacyjne. Jest oczywiście ważne, by takie prace się ukazywały, gdyż mogą być one potencjalnym źródłem dochodów Szkoły i interesującym materiałem dla praktyki gospodarczej. Szkoła jednak przestaje być ośrodkiem studiów teoretycznych. Trudno dziwić się praktycznemu kierunkowi prac badawczych, gdyż jest to konsekwencja zainteresowań pracowników, ich zaangażowania zawodowego poza Uczelnią i braku czasu do podejmowania zagadnień teoretycznych. Jeśli np. pracuję w banku i jednocześnie prowadzę zajęcia dydaktyczne, to teoria ekonomiczna byłaby dla mnie trzecim, nowym polem mojej aktywności. Łatwo wyobrazić sobie, że brak mi czasu by się tą teorią zajmować. Dużo łatwiej podejmować, znaną mi, praktyczną problematykę bankową.

Zanik badań teoretycznych powoduje, że oferta dydaktyczna jest uboga w przedmioty teoretyczne i proces ten systematycznie się pogłębia. Co więcej, już dzisiaj nie jesteśmy zdolni - od strony kadrowej - do przedstawienia studentom pełnowartościowej oferty np. z teorii ekonomii, finansów czy ekonometrii. Wyjątki nie czynią tu wiosny. Studenci, z kolei, zgłaszają raczej umiarkowany popyt na wykłady podejmujące problematykę ogólną i teoretyczną. Każdy wykładowca z socjologii, ekonomii czy podobnie teoretycznej dyscypliny potwierdzi, że znaczna część studentów traktuje te przedmioty jako konieczność, ale nie wykazuje wielkiego entuzjazmu w ich studiowaniu. Szczególnie duże zainteresowanie budzą natomiast przedmioty dające praktyczną wiedzę i umiejętności. Dominuje kult wąsko rozumianego praktycyzmu. Szkoła, jako placówka dydaktyczna, ewoluuje więc w kierunku business school. Jest to dobra business school, ale tylko business school bo jednak pozbawiona walorów oferowanych przez ekonomię uniwersytecką.

Struktura oferty dydaktycznej i struktura popytu wyraźnie się dostosowały. Próbowałem pokazać jak ukształtowała się bieżąca struktura proponowanych wykładów, tj. struktura podaży. W przypadku studentów ważnym czynnikiem określającym strukturę ich popytu na dydaktykę jest niewątpliwie myślenie w kategoriach krótkookresowych korzyści. Jest jednak i drugi powód - charakter egzaminu wstępnego.

Obecny egzamin wstępny tworzy nadmierne preferencje dla języków obcych i sprzyja, co obserwujemy w coraz większym stopniu, naborowi kandydatów o słabszym lub wręcz słabym przygotowaniu matematycznym. Kandydaci stopniowo coraz lepiej rozumieli, że nie wiedza z matematyki jest kluczowa, by zdobyć indeks SGH. Struktura zdających do SGH wydaje się więc wyraźnie przesuwać w kierunku "językowców". Rezultatem jest duża liczba studentów nie przygotowanych do studiów teoretycznych wymagających umiejętności myślenia modelowego i często swobody w posługiwaniu się matematyką. Tacy studenci będą uciekać od teorii, zaś ilość słuchaczy chętnych do uczęszczania na zajęcia teoretyczne jest i pozostanie niewielka.

Ilość nie jest tu jednak najważniejsza. Co możemy zaoferować tej mniejszości, a zarazem tej najbardziej intelektualnie rozbudzonej grupie studentów? Kierownictwo Szkoły w żaden sposób nie stymuluje i nie gratyfikuje nowych pomysłów dydaktycznych. Zaproponowanie nowego (w stosunku do istniejącej oferty) i nowoczesnego (odpowiadającego najnowszemu stanowi wiedzy) wykładu teoretycznego jest bardzo trudnym i skomplikowanym zadaniem, ale natychmiast dodajmy, że dzisiaj - przedsięwzięciem całkowicie nieopłacalnym dla pracownika. Jednak bez takiej nowej oferty nie przyciągniemy do pracy naukowej młodych pracowników i nie zmienimy dydaktycznego oblicza Szkoły.

Nie jestem entuzjastą kierunku, w którym SGH zmierza. Boję się jednak, że jest to już kierunek nieodwracalny.

Marek Garbicz